Tu już mnie nie ma, tam jeszcze nie istnieję.

Tu już mnie nie ma,  tam  jeszcze nie istnieję.

O emigracji, trudnych powrotach, optymizmie i realizacji marzeń rozmawiam z Agnieszką Korzeniewską – autorką książek „Zabiorę Cię jesienią do Brukseli” i „W deszczu tańcz”.

OP. Decyzja o wyjeździe była świadomym wyborem czy koniecznością do której zmusiło życie?

AK. Bardzo trudne pytanie na początek (śmiech). Bo tak jak w życiu nic nie jest czarne, ani białe, tak na moją decyzję o wyjeździe złożyło się wiele czynników. Mój pierwszy wyjazd w roku 1990 z moim chłopakiem nie był do końca świadomą decyzją. Świadomą – w sensie sprecyzowanych oczekiwań. Owszem, chcieliśmy polepszyć nasz byt, ale nie mieliśmy zbyt wygórowanych żądań i nie odczuwaliśmy poczucia gorszości z powodu braku pieniędzy w Polsce. Nie byliśmy wyjątkami, generalnie żyło się dość trudno. Nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę z niedostatku. Byliśmy młodzi i na swój sposób szczęśliwi. Handlowaliśmy na bazarku w Gdańsku, gdzie studiowaliśmy, starymi ciuchami. Było to dla nas olbrzymią frajdą. Nie zapomnę euforii, która nam towarzyszyła, gdy za zarobione na szmatach pieniądze kupiliśmy nasz pierwszy czarno-biały przenośny telewizor. 🙂 Mój chłopak chodził do stoczni czyścić statki. Jakoś się żyło.
Jednak każdy człowiek ma naturalną tendencję do wzrostu w każdej dziedzinie i na każdym etapie życia. Gdy się ma dwadzieścia kilka lat to pragnienie jest bardzo silne i towarzyszy mu wielka niecierpliwość odkrywania, zachłanność świata i wiara, że jest się w stanie przenosić góry.
Gdy pojawiła się możliwość wyjazdu do Belgii, skwapliwie z niej skorzystaliśmy. Potraktowaliśmy ten wyjazd jako wielką przygodę, która miała trwać tylko rok i przy okazji pozwoliłaby nam zarobić trochę pieniędzy. Podlasie skąd pochodzę, to piękna kraina, jednak jak mówi z goryczą jedna z bohaterek moich książek: „Tu tylko ryb zawsze było pod dostatkiem.”
Tak. Chcieliśmy się stąd wyrwać by zakosztować świata.

OP. Jakie były początki Pani emigracji?

AK. Rzadko które początki emigracyjne są łatwe. Gdybym wtedy wiedziała, jak będą trudne, prawdopodobnie nigdy nie zdecydowałabym się na wyjazd. Na szczęście przy podejmowaniu wielu kluczowych decyzji życiowych często towarzyszy nam nieświadomość tego co nas czeka. Na szczęście! W przeciwnym razie nie ruszylibyśmy z miejsca. 🙂 Były to jeszcze czasy, gdy obowiązywały nas Polaków wizy. Gdy udało nam się wreszcie kupić lewe zaproszenie „do cioci” z Beneluksu i uzyskać wizę, myśleliśmy, że schwyciliśmy Pana Boga za nogi.
A najtrudniejsze było dopiero przed nami. Rzeczywistość przerosła nasze wyobrażenia. Krótko mówiąc: znaleźliśmy się bez pracy, mieszkania, znajomości języka. Jedynie nadzieja nas nie opuszczała. Bardzo szybko znaleźliśmy znajomych z Polski, naszych dawnych przyjaciół. Podali nam pomocną dłoń w tych najtrudniejszych chwilach. Później pomagali nam bezinteresownie obcy ludzie. Do dziś jestem im wszystkim bardzo wdzięczna. Z niektórymi kontakt urwał się definitywnie, innych widuję od czasu do czasu. Emigracyjna historia niemal każdego Polaka w owym czasie to gotowy materiał na co najmniej jedną powieść. Na tle tych losów – nasza historia wydaje się bardzo typowa.

OP. Po jakimś czasie zdecydowała się Pani na powrót do kraju. Było tak jak sobie Pani wyobrażała?

AK. Do Polski wróciliśmy po ośmiu latach emigracji. Zdawało nam się, że w kraju „coś drgnęło”, zaczął się boom budowlany, zielone światło dla drobnych przedsiębiorców, przynajmniej na takich wieściach z kraju budowaliśmy nasze, jak się okazało płonne nadzieje. Za zarobione na emigracji pieniądze kupiliśmy nasze pierwsze, własne mieszkanie. Chcieliśmy dokończyć przerwane studia, zacząć pracować, żyć na pewnym poziomie. Nasza determinacja była tym większa, iż wracaliśmy już w trójkę…
W międzyczasie, na świecie pojawił się nasz synek. Chcieliśmy by żył i dorastał w Polsce. Ja „ciągnęłam” do większego miasta, licząc na lepsze perspektywy zawodowe; mój mąż, wielki idealista i lokalny patriota, powtarzał mi:”Pamiętaj, tam gdzie Twoja rodzina i przyjaciele – tam jest Twój dom.”
Bardzo szybko nasze wyobrażenia boleśnie zderzyły się ze zgrzebną rzeczywistością małych, kresowych miasteczek. Przez osiem lat nieobecności przestaliśmy niejako istnieć w każdym kontekście: towarzysko i zawodowo. Od zera musieliśmy budować naszą obecność, również na rynku pracy. Jej szukanie zajmowało nam coraz więcej czasu. Euforia zaczęła ustępować ponurej rozpaczy. Przyzwyczajeni już do wyższej stopy życiowej, znów musieliśmy zaciskać pasa. Szło dosłownie jak po grudzie. Mąż zaczął wyjeżdżać do pracy do większych miast. Ledwie wiązaliśmy koniec z końcem. Telefon od znajomego z Belgii, który proponował memu mężowi współpracę w Brukseli w sektorze budowlanym, przyjęliśmy jako dar losu.

OP. Co przesądziło o powrocie do Belgii?

AK. Początkowo krótkie wyjazdy mego męża zaczęły się niebezpiecznie wydłużać. Oboje nie byliśmy tym zachwyceni. Każde z nas odczuwało poczucie krzywdy, choć każde z innego powodu. Towarzyszyła mu kosmiczna samotność. Mąż nie widział jak rośnie jego syn, ja borykałam się z jego wychowaniem bez męskiego wsparcia na co dzień. Pieniądze, które mąż zarabiał w Belgii – na krótko były tylko rekompensatą trudów rozstania. Czuliśmy, że umyka nam coś bardzo ważnego. Ale nie potrafiliśmy już przerwać tej magicznej spirali potrzeb i konsumpcji.
Wpadliśmy w pułapkę typową dla ludzi, których udziałem stała się emigracja zawodowa: „Jeszcze jeden miesiąc, rok…”

OP. Poniekąd Pani decyzje wynikały z czystej kobiecej natury, która kazała walczyć o miłość i rodzinę?

AK. Najdłuższy okres, kiedy się nie widzieliśmy wynosił 4 miesiące. Pamiętam, że usiedliśmy naprzeciw siebie, zakłopotani własną niezdarnością i pewną obcością, która się między nami wytworzyła przez ten czas i jak się później okazało, mieliśmy jednakową myśl, w tym samym momencie: „Nigdy więcej!”.
Prawdopodobnie wtedy po raz pierwszy narodziła się refleksja, że jedno z nas musi pójść na kompromis. Ja już w tym czasie pracowałam. Znalazłam ciekawą pracę we francuskiej firmie, co prawda 70 km od Siemiatycz, rozwijałam się, byłam otoczona bliższą i dalszą rodziną, przyjaciółmi. Pomyślałam, że ciężko będzie mi z tego zrezygnować na rzecz ponownej emigracji, by zaczynać po raz kolejny życie od zera. Jednak rachunek ekonomiczny był bezlitosny.
Mimo, że pracowałam całymi dniami jednocześnie w trzech rożnych miejscach, to i tak zarabiałam dużo mniej niż mój mąż w Belgii, a synka widziałam tylko wieczorami i w weekendy. Jedyną pociechą było to, że jest pod opieką najbliższych mi tutaj osób: moich rodziców i mojej teściowej.
Na naszych oczach rozpadały się wspaniałe związki naszych znajomych, Siemiatycze i okolice – to tereny o jednym z największych odsetku rodzin dysfunkcyjnych. Byliśmy jedną z nich. Znam dzieci, które wychowywały się same bez rodziców, którzy pracowali na stałe w Belgii…
Broniłam się przed tą decyzją, ale ona we mnie dojrzewała. Pamiętam wakacje 2004.
Pojechałam z synem do męża do Brukseli. Mieliśmy spędzić razem dwa tygodnie. Mój mężczyzna przypominał zbitego psa, coraz częściej się skarżył, że nie ma go we wspomnieniach naszego synka… Widziałam, że jest u kresu wytrzymałości. Koleżanka, która tego lata przeprowadzała się też do Brukseli, zaczęła namawiać bym została. Nasze dzieci, które uczyły się razem w Polsce, mogłyby pójść tutaj razem do szkoły… Byłoby im łatwiej… Długo myślałam tej nocy. Patrzyłam na moich śpiących mężczyzn i różne uczucia mną targały. Nazajutrz z rana, gdy mąż poszedł do pracy ja pojechałam do najbliższej szkoły, o której słyszałam, że jest dobra i poprosiłam o rozmowę z dyrektorką. Wyjaśniłam jej naszą sytuację i powiedziałam, że za rok zamierzam przeprowadzić się z dzieckiem do Brukseli. Popatrzyła na mnie i krótko zapytała:”Ile dziecko ma lat?” „Dziesięć”- odpowiedziałam. „Zrobi mu Pani mniejszą krzywdę, gdy zostanie Pani teraz. Za rok jeszcze boleśniej odczuje wyrwanie ze swego środowiska”.
Decyzję podjęłam w ciągu sekundy. Wypełniłam papiery. Zadzwoniłam w pierwszej kolejności do męża, do rodziców, a później do pracodawców w Polsce. Wszyscy byli w szoku! 🙂 Wróciliśmy jeszcze na chwilę do Polski pozamykać sprawy i sprzedać mieszkanie.

OP. Można by powiedzieć, że przeżywała Pani emigrację dwa razy?

AK. To, ze trafiłam do kraju, w którym żyłam już wiele lat temu – wcale nie ułatwiało mego położenia. Inaczej podchodzi się do życia, gdy ma się lat dwadzieścia kilka i nic do stracenia, oprócz ewentualnych złudzeń, a inaczej, gdy się jest kobietą po czterdziestce. Ma się swój bagaż doświadczeń, swoje przyzwyczajenia i wymagania…
Ten drugi start był niezmiernie trudny. Wszystko było inne. Belgia się zmieniła, rynek pracy uległ zmianie, w końcu – ja tez miałam inne oczekiwania od życia, ale też i konkurencja na rynku pracy była poważniejsza. Był to okres, gdy my, jako Polacy mogliśmy podejmować legalną prace bez żadnych ograniczeń.

OP. Jak rozpoczęła Pani przygodę z pisaniem?

AK. Pisanie towarzyszy mi od dziecka, ale tak naprawdę chyba właśnie emigracja wyzwoliła we mnie ogromne pokłady tęsknoty, emocji, nie zawsze łatwych uczuć, z którymi musiałam sobie poradzić. Zaczęłam poznawać Brukselę podczas samotnych wędrówek, przysiadać się do ludzi na ławeczkach, obserwować przechodniów. Zaczynałam zaprzyjaźniać się z Brukselą, z moim życiowym wyborem, z moim losem… Zaprzyjaźniać i… akceptować. To był pewien przełom. Swoje spostrzeżenia, stany emocjonalne zaczęłam przelewać na papier,a właściwie zaczęłam wystukiwać je na klawiaturze komputera i chować w folderach. Przynosiło mi to ulgę, było swoistą terapią. Później moja siostrzenica Joasia zasugerowała mi, że powinnam pisać bloga.
Powiedziała dosłownie:”Blog – to jest rzecz dla Ciebie!” i pomogła mi stawiać pierwsze kroki jako blogerka. Zaczęło mi to sprawiać ogromną przyjemność. Pojawili się pierwsi czytelnicy, zaczęło ich przychodzić coraz więcej. Wracali, uzależniali się od mego bloga. W końcu zaczęli sugerować bym z moich blogowych opowieści stworzyła książkę. To wszystko zaczęło mnie ogromnie pochłaniać i przynosić radość. W tym czasie znalazłam też pracę w pewnej zagranicznej firmie w dziale marketingu. Ale to blogowanie było moją największą radością. Długo się opierałam przed wydaniem książki, w końcu poddałam się. 🙂

OP. Pani książka „Zabiorę Cię jesienią do Brukseli” nie jest typowym przewodnikiem. Chciała Pani pokazać innym to miejsce tak jak Pani je spostrzega?

AK. To bardzo subiektywny spacer po Brukseli. Pozwala zobaczyć to miasto w innej perspektywie, oczyma polskiej emigrantki. To opowieść o Brukseli przez pryzmat losów ludzkich, naszych polskich emigracyjnych losów. To w końcu spacer po nie zawsze znanych z klasycznych przewodników miejscach.

OP. To również książka o naszych rodakach, którzy wyruszają w świat po „lepsze życie”. Książka dla nich i o nich. Daje im motywacje, siłę do działania?

AK. To hołd złożony naszym rodaków, którzy przetarli ten szlak, stworzyli podwaliny lepszego życia dla swoich dzieci i wnuków. Każda decyzja o emigracji – to ogrom kompromisów, niełatwych decyzji, rozpaczy, niemocy, rzadziej euforii. Często za takimi decyzjami stoją dramaty. Oczywiście wiele z tych historii kończy się happy endem, ale nie wszystkie. Chciałam na kartach mojej książki uwiecznić pamięć o nas emigrantach, o nas – Podlasiakach. Ktoś napisał, że to jest podróż nie tylko po brukselskich ulicach, ale po ludzkich losach, a jedna z czytelniczek Natalia nazwała moją książkę: „Brukselskim studium przypadku”
Jedna ze znanych dziennikarek, Anna Maruszeczko napisała:”To zmysłowa książka o Brukseli i losach emigrantów. Przegląda się w niej cała polska ściana wschodnia. Bo o ich poszukiwaniach lepszego życia za granicą jeszcze nikt tak nie napisał.” Moi rodacy identyfikują się z moją książką, o Podlasiakach zrobiło się za jej sprawą głośno w Brukseli, ktoś mi napisał w wiadomości:”Jesteśmy z Ciebie dumni, boś ty nasza!” To dla mnie są największe oznaki uznania. Docenili ją też Belgowie, uważają, że to wspaniała promocja Belgii. Z niecierpliwością czekają na tłumaczenie.

OP.  O czym jest druga Pani książka „W deszczu tańcz”?

AK. „W deszczu tańcz!” nie powstałaby gdyby nie pierwsza książka o Brukseli. W czasie promocji pierwszej książki czytelnicy dziękowali mi za pokłady dobrej energii, za to, że daję im nadzieję na to, że po czterdziestce też można stać się kobietą spełnioną i zaczynać pełne pasji życie! To mi dało do myślenia.
Uświadomiłam sobie, że  uosabiam tęsknoty milionów takich kobiet jak ja, pochodzących z małych wsi i miasteczek. Kobiet, ale też i mężczyzn, którym udowadniam, że nie wiek i miejsce zamieszkania są ograniczeniem. Jestem dla nich wspaniałym i wiarygodnym przykładem, że człowiek jest w życiu tym, kim wybrał być, a nie tym, kim się urodził.
W swojej książce z prostotą mówię o własnych ograniczeniach, które musiałam pokonać, o maskach nałożonych mi w dzieciństwie, które musiałam zdjąć, by stać się kobietą spełnioną.
Mówię o tym, że po drodze „Miałam wiele «drugich imion». Najczęściej przeze mnie używane były: Nieudacznik, Pechowiec, Mistrzyni utraconych szans…” I że musiałam obalić wiele stereotypów na swój własny temat.
To, jak sugeruje tytuł, książka o tym, że trzeba tańczyć w deszczu, nie czekając na pogodę… Książka to potężna dawka dobrej energii, umiłowania kobiecości i życia, nadziei, pogody ducha, nawet jeśli czasami przez łzy.
Wielkim wyróżnieniem dla mnie jest fakt, że książka została doceniona przez kobiety z Akademii z Rakiem, gdzie będę gościć w kwietniu.

OP. Jest Pani doskonałym przykładem kobiety, która nie zawsze łatwe, życiowe sytuacje zamieniła w swoje szczęście. Czuje się Pani kobietą spełnioną?

AK. Zdecydowanie tak! Co nie znaczy, ze nie mam trudnych momentów, bolesnych sytuacji, wewnętrznych konfliktów. One są nieodłączną częścią życia. Na wiele spraw nie mamy wpływu, ale zawsze mamy wpływ na naszą postawę wobec nich, na to jak je przeżyjemy. Jak do nich podejdziemy. Wiara, że największą życiowa klęskę można przekuć w coś dobrego. I tego się trzymam w życiu i to sobie powtarzam, gdy przychodzą trudne dni. Przez łzy „tańczę w deszczu” 🙂
Tak. Jestem kobietą spełnioną. Budzę się i z pasją od rana robię to co kocham. Dzień jest za krótki na pisanie, spotykanie ludzi, którzy są moją wielką życiowa pasją mam niedosyt czasu dla moich bliskich, moich trzech psów (każdy z nich to oddzielna historia uratowanego, psiego żywota), na poznawanie nowych rzeczy. Kładę się spać potwornie zmęczona, ale z poczuciem przeżycia kolejnego dnia na sto procent.
Ale nie zawsze tak było, nie zawsze kochałam pracę jaką w danym momencie życia wykonywałam. Zawsze jednak towarzyszyła mi myśl, że muszę ją szanować, bo to w danym momencie jedyna praca – dająca mi środki przybliżające mnie do upragnionego celu.

OP. Obecnie Pani miejsce na ziemi to Podlasie czy Bruksela?

AK. Dobre pytanie! 🙂 Kimże bym była bez obu tych miejsc? Osobą niekompletną 🙂 Powiem słowami z mojej pierwszej książki, bo one najpełniej odzwierciedlają mój stosunek do tych obu krajów:
„Od lat żyję w rozdarciu między pięknymi, dziewiczymi dolinami Podlasia i wielokulturową Brukselą. Powroty i reemigracje ukształtowały mój stosunek do miejsc, w których przyszło mi żyć. Bruksela skradła mi serce, na Podlasiu została moja dusza. Coś, co raz na zawsze zakorzenione w Twojej świadomości zawsze nakazywało Ci będzie wracać. Jakiś zew, nakaz czerpania ze źródeł wpisany w Twoje DNA.”
Jeśli jednak Pani pyta o miejsce, gdzie chciałabym się zestarzeć, to zdecydowanie: Podlasie. 🙂
A dokładniej urocza wieś w dolinie Buga, nieopodal Siemiatycz, o wdzięcznej nazwie Anusin. Jeden z wielu dawnych folwarków światłej księżnej Anny Jabłonowskiej. Moje miejsce na Ziemi, do którego lubię wracać ze świata. Moje „górskie schronisko duszy”. 🙂

1ag

Dziękujemy.

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *