O pasji, marzeniach i stereotypach rozmawiamy z Oliwią Makuszewską

O pasji, marzeniach i stereotypach rozmawiamy z Oliwią Makuszewską

Czasami miłość wymaga od nas bardzo wiele, wiele kompromisów, poświęceń, odnalezienia się w nowych sytuacjach. Jednak to miłość, dla niej jesteśmy w stanie znieść wszelkie niedogodności. Jak budować siebie będąc postrzeganą przez pryzmat stereotypów? Jak realizować się zawodowo na odległość? Jak konfrontować nasze plany, pasje, marzenia z rzeczywistością? O tym wszystkim rozmawiamy z Oliwią Makuszewską – żoną Macieja Makuszewskiego, właścicielką agencji Makuszewscy Wedding Planners oraz Makuszewscy Dekoracje.

Obcasypodlasia.pl: Przygotowując się do wywiadu większość informacji jakie znalazłam w sieci na Twój temat charakteryzowały się podobnymi nagłówkami „Żona piłkarza…..Oliwia Makuszewska”. Niektóre z nich dotyczące Twojej osoby nawet się nie pokrywały. Kim jest Oliwia Makuszewska? Czym się zajmujesz?

Oliwia Makuszewska: Przede wszystkim jestem matką, żoną, przyjacielem dla bliskich i moich zwierząt, właścicielem i pracownikiem agencji Makuszewscy Wedding Planners, właścicielem i pracownikiem agencji Makuszewscy Dekoracje, organizatorem akcji Świąteczna Paczka dla Psiaczka.  Mam też wiele innych ważnych dla mnie ról np. wnuczka czy siostra.

Wydaje mi się jednak, że teraz głównie jestem mamą. Leonard jest w takim wieku, że potrzebuje uwagi 24h/24h. Wszystkie inne role są teraz dodatkowe, odgrywane w międzyczasie, ale jak już pojadę na spotkanie z klientem wtedy jestem stuprocentowym konsultantem ślubnym czy stuprocentowym dekoratorem. Staram się być profesjonalna, nie mieszać tych sfer. Może tylko jako żona nie jestem jeszcze na sto procent, bo nawet jak mamy czas tylko dla siebie to i tak rozmawiamy o Leo.

Jeżeli chodzi o samo stwierdzenie „żona piłkarza” to raczej bardziej czuje się żoną Maćka, mojego przyjaciela, z kolei moja przyjaciółka Iwona zawsze powtarza, że to On jest moim mężem i bardzo denerwuje się kiedy ktoś mnie tak określa. To mocno definiujące i dla mnie trochę ujmujące, przez utarty stereotyp, ale chyba się już przyzwyczaiłam i choćbym robiła tysiące innych, wartościowych rzeczy to dla niektórych będę i tak tylko żoną Makuszewskiego.

Odnoszę wrażenie, że nie chcesz być postrzegana jedynie przez ten, jeden pryzmat – żony piłkarza. Dbasz o budowanie swojej marki osobistej i wizerunku.

Żona piłkarza w internecie się klika, to określenie się sprzedaje, ludzie lubią czytać o pięknych, bogatych, próżnych i mało inteligentnych WAGS. Raczej nie interesuje nikogo, że jestem po studiach, jestem matką, prowadzę dwie firmy czy to, że organizuję na dużą skalę akcję pomagającą zwierzętom. Nie mam żalu do autorów artykułów o te tytuły, jest mi tylko przykro, że często nie wysilą się na tyle aby dodać już w treści, czym się zajmuję czy, że ukończyłam studia. Przekaz jest tylko taki, że jestem żoną i uczestniczką konkursów Miss, tyle. Jeżeli ktoś określa mnie tylko żoną piłkarza to albo nic o mnie nie wie albo chce osiągnąć konkretny wydźwięk typowej WAGS, utarty i pielęgnowany od lat, najczęściej krzywdzący to „nasze” środowisko.

Jeżeli chodzi o budowanie własnej marki czy wizerunku nie robię tego by udowodnić, że nie jestem tylko żoną. Robię to dla siebie, dla własnego spełnienia, dla własnej niezależności, dla zaspokojenia estetycznego jakie daje mi agencja dekoratorska, by spełniać marzenia i się realizować. Zwariowałabym gdybym miała tylko siedzieć w domu. To nie dla mnie. Robiąc to wszystko tworzę właśnie własną markę, ale to raczej skutek uboczny.

Co jest dla Ciebie w życiu najważniejsze?

Nie będę tu oryginalna. Najważniejsze jest dla mnie zdrowie mojej rodziny i ona sama. Miłość, Bóg.
Z tych „drobniejszych najważniejszych” to samorealizacja, spełnianie marzeń, podróże które dają mi mnóstwo obycia, ale też bycie niezależną kobietą, tak zostałam nauczona, to dla mnie bardzo istotne by nie polegać na kimś, by w razie potrzeby umieć poradzić sobie samej.

Wielce istotna jest dla mnie też pomoc zwierzętom. Jestem bardzo wrażliwa na ich cierpnie. Chciałabym móc pomagać na większą skalę, to jedno z moich marzeń. Mam nadzieję, że za jakiś, daleki czas może uda mi się je zrealizować.

Co jest Twoją pasją?

Śluby! Uwielbiam je. Atmosfera! Ich organizacja i dekoracja. To jest dokładnie to co kocham. I mimo, że rzucam tę pracę po każdym zrealizowanym kompleksowo weselu (kilkadziesiąt godzin bez snu daje w kość) to i tak zawsze godzę się na pomoc kolejnej parze często dając dużo więcej niż to na co się umawialiśmy w umowie.

Nie podchodzę do wesel moich par jako do pracy, to jest dla mnie coś więcej, angażuję całą siebie, aż czasami dziwie się ile fizycznie jestem w stanie wytrzymać. Usłyszałam kiedyś od bliskiej mi osoby, która obserwowała mnie w pracy, że tworząc przyjęcie (bo właśnie tym się zajmuję) zachowuję się jak w transie. Wiem brzmi przerażająco, ale jak mam jakąś wizję to mnie nic nie zatrzyma, tworzę do momentu uzyskania tego co współgra w stu procentach często nawet nie zwracając uwagi czy zostało mi za to czy za tamto zapłacone. Zawsze daję moim parom więcej. Oni mi ufają w stu procentach, to bardzo mobilizuje, ale też zobowiązuje. Ma być idealnie, ma być pięknie i magicznie. Takie są moje przyjęcia, moje wesela, tylko takie chcę robić. To jest jak uzależnienie… to chyba prawdziwa pasja.

Kocham też podróże, ale tylko te turystyczne. Tych przeprowadzkowych mam serdecznie dość. Bardzo dobrze czuję się w egzotycznych, upalnych krajach. Lubię poznawać różne kultury.

Mam wrażenie, że ludzie widzą jedynie, to co chcą zobaczyć. Kariera, piękna żona, rosnąca sława. Tak postrzegamy pary piłkarskiego świata. Nie oszukujmy się Victoria i David Beckham lata temu dość wysoko postawili poprzeczkę. Ja widzę zupełnie co innego. Częsta zmiana miejsca zamieszkania, życie często z dala od przyjaciół i rodziny, długie rozstania spowodowane chociażby wyjazdami na zgrupowania. Jak wygląda backstage tej „bajki” jaką pokazują nam chociażby media?

Dziękuję za to pytanie. Jest wielce istotne. Zacznę od tego, że życie piłkarzy i ich rodzin nie bez powodu kojarzy się z samymi luksusami. Co kreują media? O co pytają dziennikarze w gazetach? Co my, pokazujemy na Instagramie i Facebooku? Same dobre i przyjemne rzeczy. Nie pokazujemy (na moim przykładzie), że:
non stop zmieniamy miejsce zamieszkania (w moim przypadku w przeciągu 6 lat- 7 razy), że czasami bywało tak, że mieszkaliśmy w hotelach. Mieszkaliśmy w niebezpiecznych miejscach takich jak Kaukaz, pod Czeczenią. Nie pokazujemy, że jesteśmy non stop same, bez rodziny, przyjaciół, że mamy przy sobie tylko tych, których poznajemy na bieżąco w danym mieście. Czy też tego, że gdy rodzimy pierwsze dziecko jesteśmy sami, bez bliskich, bez wsparcia, że nasze dzieci zmieniając miejsce zamieszkania ciągle trafiając do nowych przedszkoli, szkół, środowisk, często obcojęzycznych co np. u naszych znajomych skutkowało poważnymi konsekwencjami zdrowotnymi dziecka. Co roku, czy co dwa lata zmieniając miejsce zamieszkania nie mamy swoich miejsc w mieście, musimy się go uczyć na nowo, że zostawiliśmy w rodzinnych miastach rodzinę, wielokrotnie potraciłyśmy znajomych, przyjaciół, że nie mamy czegoś takiego jak urlopy czy głupie weekendowe resety ze znajomymi. Kiedy Leonard jest chory, mocno gorączkuje, a Maki ma mecz na wyjeździe ja zostaję tu sama, szczęście, że jestem w Polsce. Podobną sytuację miała moja znajoma, która mieszkała w Czeczenii. O tym można by było książkę napisać. Albo to, że o transferze czasami dowiadujemy się w jego dniu i mamy dobę na spakowanie całego życia w walizki by nazajutrz rozpocząć życie na nowym kontynencie. Oczywiście to nie dotyczy wszystkich piłkarzy. Niektórzy grają w jednym klubie po 5-8 lat, ale nie my. Maki zmienia klub średnio co 1-2 lata. Ciągle gdzieś się przeprowadzamy.

Mieszkaliśmy już w Białymstoku, Czeczeni, Gdańsku, Portugalii, teraz w Poznaniu. Czasami zastanawiam się gdzie teraz poniesie nas jeden telefon od managera Maćka. Te zmiany miejsc mogą się wydawać ekstra, ale to tylko na krótką chwilę. Mi najbardziej doskwiera to, że nie mam własnego miejsca na Ziemi. Nasze rzeczy rozdzielone są między domem rodziców, mieszkaniem w Białymstoku, magazynem firmy czy domem w Poznaniu. Nie mamy swojego „gniazdka”, nie ma stabilizacji przez co poczucia bezpieczeństwa. To jest jedna rzecz, która mi najbardziej przeszkadza. Drugą jest mocno utrudniona możliwość samorealizacji. Ja jakoś staram się sobie z tym radzić, moja praca jest sezonowa, w sezonie ślubnym jestem ciągle w Białymstoku, w resztę miesięcy pracuję zdalnie, ale inne dziewczyny nie mają możliwości rozwoju w jednym konkretnym miejscu.

Podobnie ze studiami. Musiałam iść na studia zaoczne, bo gdy zdałam maturę wyprowadziliśmy się do Czeczenii. Każda podróż 12h sama. W kraju, w którym raczej nikt nie mówi po angielsku, trzeba znać rosyjski. To jest rzeczywistość. Szybko dorosłam kiedy poznałam Maćka, musiałam się mocno usamodzielnić, radzić sobie sama za granicą, a były różne sytuacje. Zatrzymana wiza w Moskwie, czy pan celujący pistoletem w moją taksówkę… tego nie znajdziecie na Insta. Poza tym ja jestem lokalną patriotką… bardzo tęsknie za Białymstokiem. Nie opowiadam Ci tego wszystkiego by się żalić czy pokazać jak jest ciężko tylko po to by pokazać, że jest też druga strona medalu i jak to zawsze mówię nasze życie nie jest takie kolorowe jak na Facebooku. Myślę sobie czasami jak to pięknie będzie wrócić kiedyś do mojego miasta i zamieszkać w nim na stałe, z mężem, dziećmi… tak sobie marzę i chyba coraz bliżej do spełnienia tego marzenia.

To, czym się dotąd zajmowałaś pewnie Cię już oswoiło z dużym zainteresowanie wobec Twojej osoby. Jednak z pewnością wzrosło ono dodatkowo wraz z wyjściem za mąż ze względu na działalność sportową Twojego męża. Jak sobie radzisz z ciągłą oceną?

Nie odczuwam tego jakoś mocno. To Maciek jest osobą publiczną, mnie raczej nikt nie zna. Wiadomo, że jesteśmy oceniani, ale bardziej zwracaliśmy na to uwagę jak byliśmy młodsi. Mam wrażenie, że jakiś czas temu mocno przewartościowaliśmy nasze życie i skupiamy się teraz na tym co naprawdę ważne. Kiedyś moja ciocia powiedziała mi ważną rzecz: nie martw się opinią tych osób, na których Ci nie zależy, martw się tą na których Ci zależy. Staram się tego trzymać. Ta rada pomogła mi poukładać pewne rzeczy w głowie. Trzymam się swoich wartości, tego co uważam za dobre, czerpię rady od tych dla mnie ważnych, od nich też przyjmuję krytykę i wtedy zastanawiam się nad słusznością swoich przekonań. Dla mnie naprawdę nie liczy się komentarz innych, musiałam się do tego zdystansować. Po co słuchać i martwić się opinią ludzi, którzy często Cię nawet nie znają, nie wiedzą co sobą reprezentujesz, oceniają po zdjęciu w mediach. To bez sensu. Poza tym ludzie są okrutni, ja może aż tak bezpośrednio tego nie odczułam, ale obserwując profile osób publicznych jestem czasami zszokowana do czego potrafią się posunąć.

Jestem WIELKĄ przeciwniczką hejtu. Nie akceptuję go w żadnej formie i zawsze będę z nim walczyć nawet jeżeli nie dotyka na co dzień mojej osoby. Wychodzę z założenia, że jeżeli coś mi się nie podoba, a jednocześnie nie krzywdzi to coś innych, to w jakim celu mam informować o tym społeczność? Kogo obchodzi to, że mi nie podobają się buty Znanej pani X. Czy to spowoduje, że ta dziewczyna pójdzie i je zwróci? Nie, moja opinia może jej sprawić tylko przykrość, więc w jakim celu mam jej to robić? Po prostu nie lajkuję tego zdjęcia i czekam na kolejne by podziwiać inne, fajniejsze stylizacje. Gdyby ludzie tak robili byłoby fajniej… milej… łatwiej. Trzeba być dla siebie miłym.

Na początku roku zostaliście rodzicami. Jak odnajdujesz się w roli mamy, jak zmieniła ona Twój świat?

Mój Mąż tak odnajduje się w roli taty, że nie pozwala zbytnio aby mój świat wywrócił się do góry nogami. Odkąd pamiętam Maki nalegał na dzidziusia, zdecydowaliśmy się na dziecko w momencie kiedy ja uznałam, że czuję, że mogłabym już zostać mamą. Mimo to miałam ogromne wątpliwości czy nie będzie tak, że będę musiała siedzieć w domu z dzieckiem, a Maki po pracy pobawi się z nim godzinę i znowu włoży mi go w ręce. Rzeczywistość ze mnie zadrwiła do tego stopnia, że mam wrażenie, że pierwszym słowem jakie wypowie Leonard będzie „tata”.

Jak Maki wraca z treningu ja mam totalny luz. Mogę robić co chcę. Pracować, jechać na siłownię, spotkać się z koleżanką i nie mam ani jednego nieodebranego połączenia. Nie spodziewałam się tego, ale ideały chyba istnieją. Naprawdę myślałam, że moje życie zmieni się dużo bardziej, Leonard je tylko dopełnił, nie wywrócił. Oczywiście nie będę ukrywać, że dziecko to dziecko. Nie robi zapachowej kupki, trzeba wstawać w nocy i traktować je jako priorytet przy wszelkich planach dnia codziennego, ale to normalne. Decydując się na dziecko trzeba mieć tego świadomość i dobrze jest kiedy ojciec również ją ma, wtedy jest łatwiej przejść przez ten ciężki, początkowy okres rodzicielstwa. Mamusie! Angażujcie swoich mężczyzn od samego początku. To mega ważne! A kiedy mówi Wam „ale ja nie umiem wykąpać dziecka”, odpowiadajcie mu: „ja też kiedyś nie umiałam” (śmiech).

Zmieniłaś miejsce zamieszkania, to pewnie wpłynęło na Twoje plany na przyszłość. Zdradzisz nam je?

Tak jak wcześniej pisałam ja miejsce zamieszkania zmieniam średnio co 1-2 lata. Plany się weryfikują, ale też dojrzewają. Moje plany to ogromne marzenia. Są naprawdę na dużą skalę. Mam takie trzy podstawowe plany. Zdradzę tylko tyle, że jedno dotyczy działalności charytatywnej i stworzenia instytucji, organizacji zajmującej się pomocą zwierzętom. Drugie „plano-marzenie” związane jest z moją obecną pracą czyli branża ślubna i to w kontekście regionalnym. Nic więcej nie powiem.

I ostatnie takie banalne, ale naprawdę silne: chciałabym zamieszkać w Białymstoku, w domu ze zdrową, szczęśliwą rodziną i żyć tam wiele, wiele lat.

Dziękujemy.

Autor fot. Magda Turowska

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *