Opowiem wam o „Śniadecji”

Opowiem wam o „Śniadecji”

Chyba nikt z nas nie chciałby trafić do szpitala, a gdy już dane nam jest się tam znaleźć z własnym dzieckiem, jesteśmy przerażeni.

Ten rok rozpoczęłam o trzeciej rano na izbie przyjęć wojewódzkiego szpitala w Białymstoku. Nasz czteromiesięczny synek trafił tam z zapaleniem płuc. Wiele razy czytałam wpisy koleżanek na Fb, jak to okropnie czują się z dzieckiem w szpitalu, jak samotne, bezradne… Ile myśli, lęków, strachu i niepokoju mamy w sobie, tylko my – kobiety – to wiemy, modląc się, aby wszystko co złe przeszło na nas, a ominęło nasz skarb.

Kiedy byłam tak rozbita i odliczałam każdy dzień w szpitalu, moje zmysły bardzo się wyostrzyły, zaczęłam więcej widzieć, obserwować, analizować. Każdy dzień wyglądał tak samo. O szóstej rano leki, o siódmej sprzątanie sal, później obchód, o jedenastej znów leki, noszenie dziecka na rękach , o siedemnastej leki, o dwudziestej trzeciej leki…. Jak dziecko jest spokojne, to pół biedy, ale niestety większość zawirusowanych dzieci płacze. Każde wejście jakiejś osoby do sali, rozbudzało moje maleństwo, co skutkowało wielogodzinnym noszeniem na rękach. Niestety tak się działo, bo przecież musi wejść lekarz, pielęgniarka, salowa…

W tym wszystkim zaczęłam dopatrywać się dobra… Moje łzy, strach i lęki zamieniłam w uśmiech. Dotąd nieznana mi ordynator oddziału, specjalistka chorób dzieci, okazała się nie tylko świetnym fachowcem, ale przede wszystkim człowiekiem. Uwierzcie mi, byłam bardzo zaskoczona, kiedy doznałam tyle ciepła, zrozumienia i zainteresowania od kogoś, kto nie był ,,moim znajomy”. Jakie przedziwne i zaskakujące jest to, gdy ktoś, kto pełni funkcję (z oczywistych powodów jest zabiegany), ma dla ciebie czas, jakie to ważne i bezcenne, gdy możemy porozmawiać z drugim człowiekiem o tym, co nas trapi i boli. Kolejna osobą, pełną ciepła, życzliwości i cierpliwości była pediatra i alergolog. Kobieta anioł, która mimo mojej ciężkiej sytuacji, pomagała, tłumaczyła, wręcz podejmowała decyzje za mnie, ale tak, bym nie poczuła się urażona czy niepewna swojej wiedzy. Wręcz przeciwnie, naprowadzając mnie na dobre tory myślenia, pomagała zrozumieć zaistniałe problemy. Nie mogę też nie wspomnieć o pani neurolog. To kobieta jakich mało, po prostu bardzo dobra, opiekuńcza i życzliwa, jaki dar do niesienia pomocy ludziom ma ta lekarka jest nie do opisania. Nie tylko zajęła się moim synkiem, ale i mną. Naprawdę, jeżeli macie spotykać lekarzy na swoje drodze, to tylko takich.

A najzabawniejsza część teraz… Nie byłabym sobą, gdybym tego nie opisała. Tak, tak, bo nawet w takich sytuacjach można się uśmiać. Panie pielęgniarki… Wiecie, jak to jest, gdy człowiek przejęty jest tyloma rzeczami, że każde, nawet najmniej znaczące, słowo urasta do rangi problemu i nas rozdrażnia. Właśnie taką sytuację miałam z pewną panią pielęgniarką którejś nocy. Na oddziale były złote kobiety, pomagały, opiekowały się moim synkiem jak własnym, ba, dawały mi nawet nieraz herbatę, ale – wiecie – zawsze trafi się czarna owca… Nie znam jej imienia (po co utrwalać złe wspomnienia?), ale nigdy nie zapomnę, jak to całą noc narzekała na problemy żołądkowe, na pracę i cały świat. Głowa mi pękała, bo dyżurka była za szklaną ścianą. Wiecie, jak to jest w szpitalu, człowiek, jak położy się chociaż na piętnaście minut, by odpocząć od noszenia dziecka, to chciałby ten czas spędzić w ciszy, a tu nie! Kobieta cały czas trajkotała o swoich problemach zdrowotnych obwiniając wszystkich dookoła. Tak z perspektywy czasu, to strasznie mi jej żal, bo to okropne mieć w sobie tyle żółci i nienawiści do innych osób. Z drugiej strony – uwierzcie mi- byłam na skraju, gdy o trzeciej nad ranem musiałam słuchać o szczegółowych objawach jej grypy żołądkowej…

Mimo że wyszłam trzy tygodnie temu ze szpitala, nadal boję się o zdrowie swoich dzieci i nie chciałabym już nigdy korzystać z pomocy fachowców. Jest to normalne, że czujemy lęk przed powrotem trudnych sytuacji. Ważne jednak jest to, żeby nie popadać w paranoję.

I najważniejsze! Nigdy nie zapominajcie o tym, że możecie liczyć na swoich bliskich i przyjaciół! Nie bójcie się poprosić ich o pomoc i wsparcie. Dziękuję wszystkim, którzy byli i są przy mnie. Za poduszeczkę pachnącą wiosną, przyniesioną mi do szpitala, za kubek gorącej kawy, za rozgrzewający rosół, za pełnego nadziei sms-a, za obecność w ważnej chwili przy mnie, za uśmiech, ciepło i radość.

Drogie Czytelniczki, pamiętajcie, Bóg daje nam tylko takie lekcje, które zdołamy odrobić!

Autor: Urszula Jakuć

 

 

 

 

 

 

Urszula Jakuć – terapeuta, pedagog, nauczyciel. Wychowawca dzieci i młodzieży. Wykładała na Niepaństwowej Wyższej Szkole Psychologii Społecznej. Ukończyła pedagogikę wczesnoszkolną, oligofrenopedagogikę i zarządzanie oświatą. Prywatnie mama trójki dzieci i żona wspaniałego męża.

Fot. Archiwum własne Urszula Jakuć.

 

 

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *