„Praca historyka literatury łączy w sobie pasję tropienia, śledzenia prawdy o człowieku i pasję do pisania” z cyklu – akcja nominacja – prof. Jolanta Sztachelska

"Praca historyka literatury łączy w sobie pasję tropienia, śledzenia prawdy o człowieku i pasję do pisania" z cyklu – akcja nominacja - prof. Jolanta Sztachelska

„Osobą, którą chciałbym nominować, jest prof. Jolanta Sztachelska. To jedna z najmądrzejszych i najbardziej oczytanych kobiet na Podlasiu, jeśli nie w całej Polsce. Jej erudycja, wiedza, przenikliwość myślenia, a także niebywała klasa sprawiają, że każde spotkanie z prof. Sztachelską jest intelektualną ucztą w najlepszym wydaniu. Współczesna humanistka przez duże H.” – taką nominację nadesłał jeden z naszych Czytelników. Zapraszamy do lektury wywiadu z Prof. Jolantą Sztachelską.

prof. dr hab. Jolanta Sztachelska – Białostoczanka. Ukończyła polonistykę na Filii UW w Białymstoku. Doktorat i habilitację uzyskała w IBL PAN (Warszawa). Pracuje w Instytucie Filologii Polskiej ( najpierw Filia UW, obecnie Uniwersytet w Białymstoku) od października 1980 roku. W latach 1997-2003 prodziekan ds. nauki na Wydziale Humanistycznym, w latach 2005-2007 dyrektor Instytutu Filologii Polskiej na Uniwersytecie w Białymstoku, 2007-2009 przewodnicząca Rady Naukowej w Instytucie Filologii Polskiej UwB. Kierownik Zakładu Pozytywizmu i Młodej Polski . Przewodnicząca Komitetu Okręgowego Olimpiady Literatury i Języka Polskiego w Białymstoku. Członek ZLP, Towarzystwa im. A. Mickiewicza, Towarzystwa Kultury Teatralnej. Nauczyciel akademicki z dużym doświadczeniem, wypromowała ok. 300 prac magisterskich, 5 doktorów. Autorka wielu publikacji. Aktywna i rozpoznawalna w środowisku naukowym, popularyzatorka literatury i kultury polskiej, uczestniczka wielu projektów edukacyjnych i kulturalnych. Z zamiłowania podróżniczka ( była m.in. w Zimbabwe i Botswanie, na Wybrzeżu Kości Słoniowej, w Libanie i Iranie, USA, uwielbia Italię), teatromanka , kocha jamniki.

Obcasypodlasia.pl: Przy takim opisie Pani osoby jakiekolwiek moje pierwsze pytanie będzie wyglądało niezwykle „blado”. Proszę nam opowiedzieć czym się Pani zajmuje zawodowo?

Jolanta Sztachelska: Jestem naukowcem i nauczycielem akademickim od 38 lat. Ludziom, którzy mnie pytają, kim jestem, odpowiadam zwykle – historykiem literatury, zdając sobie sprawę, że niezbyt wielu ma pojęcie, co to znaczy. A znaczy to tyle, że badam i piszę zawodowo o literaturze – nie tylko polskiej. Szczególnie interesuje mnie II połowa XIX wieku – z tego zakresu, jak widać to z moich publikacji czy aktywności konferencyjnej – jestem specjalistą. Oczywiście uczę na Uniwersytecie w Białymstoku i w miarę swoich możliwości – stosunkowo często – popularyzuję literaturę wobec szerokiej publiczności. Jestem zapraszana na różne imprezy czy do udziału w projektach krajowych i zagranicznych.

Kiedyś historyk literatury to był przede wszystkim mężczyzna (tak, tak!), który spokojnie sobie pracował w bibliotece czy zaciszu domowym. Bardziej były znane jego książki niż on sam. Przypominał w tym trochę zakonników ( tak jest np. w znanej , ekranizowanej powieści Umberto Eco Imię róży) , którzy całe życie przepisywali bądź pisali jedną książkę. Coś zakonnego rzeczywiście jest w tym zawodzie, bo wymaga żelaznej dyscypliny, wytrwałości i całkowitego oddania. Ale dzisiaj, jak wspomniałam, trochę się to zmieniło. Historycy bywają częściej krytykami, łączą pisanie o pisarzach i ich dziełach z popularyzacją czy dokonywaniem bieżącej oceny. Znam wielu, którzy pisanie poważnych artykułów z przypisami zupełnie zarzucili na rzecz eseistyki, recenzji, tekstów lżejszego kalibru. Nie ukrywam, że i mnie mocno to pociąga, bo to jest jakiś sposób na zdobycie czytelnika i pokazanie, że kultura to nie jest rozrywka, ale najpoważniejsza rzecz na świecie.

Ludzie tego nie wiedzą, ale czytanie uodparnia na manipulacje współczesnego świata, szczególnie drapieżnego świata polityki, w którym ludzi najzwyczajniej się oszukuje, żonglując słowami i emocjami. Człowiek, który wie, że literatura posługuje się kodami symbolicznymi (czyli mówi nie wprost, a z pomocą metafory, obrazu) nie da sobie wmówić byle czego, są bardziej krytyczni i dociekliwi. Nie mówiąc już o tym, że lepiej sobie radzi w życiu, a i świat –dzięki temu, że wie jak bardzo jest złożony, jak bywa niejednoznaczny – jest o wiele ciekawszy. Jak na koniec powiem, że człowiek, który czyta jest bardziej tolerancyjny , to zabrzmi jak banał – ale naprawdę tak jest.

Przygotowując się do wywiadu odniosłam wrażenie, że jednym z Pani głównych zainteresowań jest twórczość i życie Henryka Sienkieiwcza. Jest Pani też autorką albumu „Henryk Sienkiewicz. Życie na walizkach”.

Skąd u mnie zainteresowanie Sienkiewiczem? Dobre pytanie. Rzeczywiście napisałam o nim 3 książki, a w przygotowaniu ( „w biurku” – jak mawia Mickiewiczowska Telimena w Panu Tadeuszu) mam następne. To jest trochę przypadek, bo ja zainteresowania badawcze mam bardzo szerokie – podróż, sztuka, problematyka regionalna, etc. i wcale nie musiałam się nim zajmować, a z drugiej strony -właśnie to jest jakaś prawidłowość. Bo mnie interesują tylko ci pisarze czy twórcy kultury, którzy mają mocną, „klasyczną” pozycję. Nie chodzi też o to, że są autorami arcydzieł, czy że trafili na listy lektur szkolnych, choć to też ciekawe, dlaczego tak się stało, ale – poza książkami i tym, co się w nich naprawdę kryje (a nie co z nimi robimy my, „przerabiając” je w szkole!!!) interesuje mnie, kim byli, jaki jest związek ich twórczości z życiem. Czasem też jest tak, że biografia jakiegoś autora jest bardziej intrygująca niż jego dzieło –i to jest niesłychanie wciągające. Bo wtedy moja praca badawcza przypomina prowadzenie jakiegoś skomplikowanego, zawikłanego śledztwa. Tak, stanowczo praca historyka literatury łączy w sobie pasję tropienia, śledzenia prawdy o człowieku i pasję do pisania. Bo – wbrew temu, co się powszechnie myśli – dobra nauka to także zajmujące, przepełnione pasją pisarstwo. Wielu moich kolegów i koleżanek już od dawna to wie. I prace naukowe są naprawdę do czytania, także dla zwykłych ludzi.

Sienkiewicz jako pisarz i człowiek jest interesujący choćby dlatego, że nie ma chyba w polskiej kulturze drugiej postaci, której twórczości towarzyszyłaby tak bezprzykładna i bezkrytyczna admiracja, zasłaniająca żywego człowieka. Ta patriotyczna pałuba to nie jest prawdziwy Sienkiewicz! Próbuję dociec prawdy, czasem piszę rzeczy kontrowersyjne, pod prąd, ale – ja tak już mam. Nie jestem od tego, żeby po kimś powtarzać, mam własną koncepcję na całość, własne przemyślenia. Chodzi też o to, żeby w tym naszym myśleniu o tradycji był jakiś ruch, by było coś nad czym warto dyskutować. Jak będziemy umieli rozmawiać o przeszłości, lepiej zrozumiemy teraźniejszość i lepiej będziemy się w niej czuli. To tylko pozornie jest takie oczywiste, w gruncie rzeczy – ciężka praca. Polacy tego nie wiedzą – szkoda – ale kultura to nie jest rozrywka, ale najważniejsza rzecz na świecie ( tak mawiała Simone Weil). I – co bardzo istotne – kultura jest najlepszą cząstką polskości.

Z tego punktu widzenie mogę powiedzieć tyle – Polacy, tak łatwo wzruszający się podczas grania hymnu na meczach, nie znają własnej literatury, mają do niej często stosunek pogardliwy. Nie wiedzą, co posiadają. To widać, słychać i czuć – w przestrzeni publicznej.

Pasje literackie to także w moim przypadku zachłanne czytanie. Ja często mówię, że próbuję przeczytać wszystko i ludzie na to wybałuszają oczy. Wszystko! No, to jest dopiero sztuka! Nie czytam jedynie modnych powieścideł, natrętnie reklamowanych i sponsorowanych, ale reportaż, biografie, opowieści o sztuce, kulturze, książki historyczne, socjologiczne – tak. Do tego proszę dorzucić cotygodniowe prasówki – moje ulubione tytuły: „Polityka”, „Tygodnik Powszechny”, magazyn „Książki”, „Pismo” . Takie mam przyzwyczajenia, taki reżim. Lubię wiedzieć, co jest grane, porównuję opinie, szukam. Dla mnie liczy się rzetelność opracowania, dobre pisarstwo, styl. Ja nie gonię za sensacją, chwilowe sławy mnie nie przyciągają. Nie cierpię chamstwa, które zdominowało polskie dziennikarstwo . Tak, jestem wymagająca, trochę już żyję na tym świecie, potrafię odróżnić dobre od hochsztaplerki.

Czym jest dla Pani, Pani praca?

Nie ukrywam – praca zdominowała całe moje życie. Ale kiedy praca jest pasją, rozwija cię, daje satysfakcję – nie czujesz, że jesteś w pracy. Czy zawsze chciałam być naukowcem? Nie, absolutnie. Jak byłam młoda, miałam zupełnie inne plany. Wiele lat byłam w amatorskim zespole teatralnym (w „Klapsie”) – więc raczej widziałam siebie jako aktorkę, reżysera. Potem na studiach, na których robiłam także dziennikarstwo radiowe – dziennikarzem . Ale – ostatecznie wybrałam coś innego, co zresztą, wykonywane z pasją wymaga wielu umiejętności – aktorskich z całą pewnością. A po młodzieńczych zainteresowaniach pozostały mi zainteresowania teatralne (nigdy nie przestałam się nim interesować, co roku jeżdżę na Warszawskie Spotkania Teatralne, moim marzeniem jest zaliczyć w całości Festiwal Szekspirowski – do tej pory nie miałam jakoś szczęścia).

Nigdy też nie porzuciłam podróżopisarstwa i reportażu – napisałam książkę o początkach polskiego reportażu w II połowie XIX wieku. I dalej zajmuje mnie to profesjonalnie. Ta praca to także pasjonujący, zupełnie nietuzinkowi ludzie – cieszę się przyjaźnią wielu wspaniałych ludzi, poznałam niezwykle barwne osobistości ze świata literatury i sztuki. Współpracuję z nimi, spotykamy się, wymieniamy poglądy.

Ważną częścią tej pracy są podróże niezmiernie otwierające świat, uczące pokory. Z jednej strony kocham ogromne miasta z ich dynamiką, nerwem życia – takie jak Nowy York , gdzie można znaleźć wszystko co najlepsze i najgorsze – niemal o krok , ale też wielbię Rzym czy Paryż, który znam od przeszło 30 lat – w ciągu tego czasu bardzo odmienił swoje oblicze. Z drugiej strony kocham uciec od świata, żeby kompletnie się od wszystkiego odciąć, zresetować. Miesiąc bez telewizji, niemal bez radia, las, jezioro, słońce , zwierzęta, jakaś życzliwa dusza obok – niezmiernie koi moją podatną na zranienia duszę.

Pomimo usilnych starań nie wiele znalazłam za to informacji na temat Pani życia prywatnego.
Jaka jest prywatnie Jolanta Sztachelska. Co Pani lubi, jak odpoczywa, co jest dla Pani ważne?

Literatura nie jest jedynym moim zainteresowaniem. Słucham muzyki, ostatnio najwięcej klasyki i jazzu, ale dobrym popem też nie pogardzę. Jestem z tego pokolenia, dla którego prócz literatury ogromnie liczyły się muzyka i film. Filmy oglądam nałogowo – lubię dobry kryminał, obyczajowe, także historyczne. Lubię kino europejskie – czeskie, francuskie, włoskie, rumuńskie. Pasjonują mnie też niektóre seriale- zwłaszcza te, z których czegoś można się dowiedzieć. Jeden z najlepszych, jakie widziałam w ostatnich latach to „Mad men” i „Breaking bad”, niektóre skandynawskie czy włoskie, polski „Belfer”.

Jestem singielką, chyba jednak nie z wyboru. Tak wyszło. Mężatką byłam 17 lat, więc i to doświadczenie nie jest mi obce, ale potem już nie miałam siły, a może i szczęścia, by jeszcze raz organizować sobie życie z kimś. Mam trochę przyjaciół z bardzo dawnych lat, i z lat ostatnich, na których zawsze mogę liczyć – i to jest piękne. Żyje jeszcze moja mama – w tej chwili najstarsza w naszej już coraz szczuplejszej rodzinie. Są też moi studenci, którzy mnie pamiętają, z niektórymi utrzymuję ciągle kontakty, po latach stali się moimi kolegami, przyjaciółmi. Więc to też jest bardzo satysfakcjonujące – choć nie ukrywam – czasem czuję się samotna. Ale jak to mówią moje koleżanki : rajski ptak źle czuje się w kurniku.

Czas wolny spędzam chętnie na łonie natury, spacerując z psem (jak zwykle jamnik, teraz mój kochany Romeo).
Uwielbiam wodę, więc i pływanie. Trenowałam jogę i gimnastykę, bo to pozwala być w dobrej formie. I kiedy tylko mogę – podróżuję.

Dziękujemy.

Fot. archiwum własne Jolanta Sztachelska

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *