Rozmowa z Anetą Prymaką – Oniszk, autorką książki „Bieżeństwo 1915”

Rozmowa z Anetą Prymaką – Oniszk, autorką książki „Bieżeństwo 1915”

Historia żyje w nas dzięki ludziom, którzy nie pozwalają by popadła w zapomnienie. Poświęciła cztery lata swojego życia, dokładając wiele trudu i wszelkich starań, byśmy mogli poznać część naszej historii, historii ludzi z Podlasia – Bieżeńców.

ObcasyPodlasia.pl: Może się Pani pochwalić bardzo różnorodnym doświadczeniem zawodowym, które zdobyła Pani zanim została dziennikarką. To były poszukiwania odpowiedniego miejsca w świecie zawodowym?

Aneta Prymaka – Oniszk: Różnie to bywało; w czasach studenckich próbowałam różnych rzeczy; czasem chciałam przeżyć przygodę, czasem musiałam zwyczajnie zarabiać na życie. Potem okazało się, że to różnorodne doświadczenie jest bardzo cenne w zawodzie dziennikarza czy reportera. Zarówno robienie kebabów w londyńskim barze, księgowanie faktur w tureckiej firemce czy pasienie owiec może poszerzać naszą perspektywę, pozwala też poznać różnych ludzi i lepiej rozumieć ich albo ich sposób życia.

Ostatecznie wybrała Pani zawód dziennikarki. Pani publikacje pojawiały się w takich gazetach jak Polityka,Wyborcza, National Georgraphic, miesięcznik Karta, więc pisanie nie jest Pani obce. Świadomy wybór, pasja czy zrządzenie losu?

Świadomy wybór, który jest związany z pasją i zainteresowaniami. Jeszcze w klasie maturalnej wpadłam na pomysł, że chce być dziennikarką. Uczyłam się w Białymstoku, zgłosiłam się więc do „Kuriera Porannego”, chciałam spróbować swoich sił. No i pisałam o studniówkach, wyborach maturzystów, itp. Potem wybrałam studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim a w ich trakcie zarabiałam na swoje utrzymanie współpracując z różnymi czasopismami. Zaczynałam od pisma młodzieżowego „Cogito”, założonego przez Katarzynę Drogę, również Podlasiankę. A potem – już zupełnie zawodowo – pracowałam jako dziennikarka w innych pismach. Po kilku latach zaangażowałam się w tworzenie Centrum Nauki Kopernik i zrobiłam sobie dziennikarską przerwę.

Kiedy pojawił się pomysł napisania książki?

Ten pomysł krążył wokół mnie od dawna, chciałam się zająć właśnie bieżeństwem, ale wciąż były pilniejsze sprawy. Wreszcie pod koniec 2012 roku – paradoksalnie wtedy, gdy na świecie pojawiły się moje dzieci – znalazłam w sobie przestrzeń i determinacja, by wziąć się za pisanie książki.

Pani książka to chęć przekazania historii, która odchodzi wraz z ludźmi ją opowiadającymi, czy chęć oddania hołdu ludziom, o których Pani napisała?

Początkowo chciałam dowiedzieć się, co się stało w 1915 roku. Dlaczego miliony ludzi nagle zostawiły swoje domy i pojechały tysiące kilometrów na wschód, w nieznane? Słyszałam od kołyski okruchy tej historii – moja babcia Nadzia jako młoda kobieta była w bieżeństwie. Pamiętam opowieści, których słuchałam, właściwie pojedyncze sceny: sznury wozów ciągnące na wschód, pobyt na Kaukazie: step, w oddali majaczą ośnieżone szczyty gór; Kozacy na koniach, rzewne pieśni, pola z dyniami i egzotyczne owoce. Sielanka, ale nagle pojawiają się gnijące sterty pszenicy i trupy wynoszone z pociągów. W tych opowieściach, które nijak mi się nie chciały połączyć w jedną całość, czułam ogromne emocje. Byłam pewna, że to dla mojej babci i sąsiadek musiały być niesłychanie ważne przeżycia. Chciałam to zrozumieć. Gdy zaczynałam rozmawiać ze znajomymi, okazywało się, że w ich rodzinach też jechali do Rosji. Oni też niewiele z tego rozumieli, nie potrafili zbyt dobrze umiejscowić tego w historii, mimo to gdy zaczynaliśmy o tym rozmawiać, często mieliśmy wilgotne oczy. Dotykaliśmy bardzo silnych emocji, choć przecież to nie były nasze przeżycia. Chciałam zrozumieć, jak ta przeszłość wpływa na nas, potomków bieżeńców, ale też jak wpływa na dzisiejsze Podlasie, na tutejsze relacje, jak ma się do polskiej historii.

W jaki sposób powstawała książka „Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy”?

To był długi proces. Zaczęło się od zbierania wspomnień, których najwięcej zachowało się na Podlasiu. Dość szybko uświadomiłam sobie, że te opowieści, które dziś po niemal 100 latach snujemy, często o wiele więcej mówią o nas samych niż o tym, co zdarzyło się w 1915 roku. Zależało mi więc na dotarciu do relacji spisywanych na gorąco, pojechałam do rosyjskich bibliotek; gdzie znalazłam sporo archiwalnych materiałów. Szukałam zapisków i relacji w innych archiwach, bibliotekach, w zasobach internetowych.

Podczas rozmów z potomkami bieżeńców czułam, że dla nich bieżeństwo jest bardzo ważne. Ale chciałam sprawdzić to na szerszą skalę. Założyłam więc stronę internetową biezenstwo.pl; wtedy zaczęły płynąć listy, relacje, wspomnienia, przyszło kilka pamiętników, sporo zdjęć, skany z archiwów. W 2015 roku, w setną rocznice bieżeństwa, po raz pierwszy temat ten pojawił się w przestrzeni publicznej, mnóstwo osób się w to zaangażowało, ogromnie dużo zaczęło szukać historii swoich rodzin, odgrzebywać opowieści; wielu z nich dzieliło się ze mną wynikami swojej pracy. To było dla mnie ciekawym materiałem do analizy, czym dzisiaj jest dla nas bieżeństwo i pamięć o nim.

Gdyby miała Pani w krótki sposób opowiedzieć o czym jest książka, osobom, które jeszcze jej nie czytały i nie mają pojęcia czym jest bieżeństwo, co by im Pani powiedziała?

To książka o ludziach, których w 1915 roku nadchodząca wojna zmusiła do ucieczki na drugi koniec świata, czasem nawet 10 tysięcy kilometrów. Nadchodził front, po wsiach niosła się wieść, że „Niemiec będzie babom cycki obcinał”. Ruszyli ludzie spod Warszawy, Lublina, Chełma, Łomży, Ostrołęki, najbardziej masowo spod Białegostoku, Sokółki, Bielska – stąd zniknęło nawet 80 proc. mieszkańców. Po drodze przeżyli piekło; w końcu zostali rozwiezieni po całej Rosji. Gdy we wsiach gdzieś na Syberii czy nad Donem, jako-tako ułożyli sobie życie, wybuchła rewolucja, znów burząc ich świat. Na swoja ziemię wrócili, po wielu staraniach, dopiero w 1921-22 roku.

Książka jest opowieścią o prostych ludziach, którzy stracili cały swój świat, wszystko, co znali i kochali: nie tylko dom, wieś, swoje gospodarstwo, męża, często dzieci; także tożsamość, podczas rewolucji często także taką tradycyjną wiarę w Boga. Zostali zupełnie sami, w świecie, którego nie znali i którego początkowo się bali. Bardzo interesowało mnie, jak sobie człowiek radzi w takich sytuacjach, jaki świat tworzy, gdy już wszystko straci?

To także opowieść o pierwszej nowożytnej tak masowej wędrówce ludów – ruszyło w nie przecież nawet 5 milionów osób! Wywołując lęk wśród ludzi w głębi Imperium Rosyjskiego. Gdy czyta się ówczesne gazety ma się wrażenie, że czytamy o współczesnym kryzysie uchodźczym: ludzkie lęki są takie same jak dziś. Ze zdziwieniem odkryłam, że bieżeństwo jest dość uniwersalną historią uchodźczą.

To jest też książka o współczesnych ludziach – o ich pamięci i poszukiwaniach tożsamości, o próbie zrozumienia, kim jesteśmy i skąd pochodzimy oraz jaka wpływ wywiera na nas przeszłość.

Jakie to uczucie ocalić od zapomnienia część historii, naszej historii?

To jest oczywiście duża satysfakcja. Wciąż dostaję listy od ludzi, dla których moja książka, pomogła odkryć i zrozumieć ich własną przeszłość. Niektórzy piszą, że wreszcie wszystkie elementy rodzinnej układanki im się poukładały. Słyszę to także podczas spotkań autorskich. Miód na serce autora.

Bardzo mnie cieszy też, że historia dotychczas uznawana za niszową, ważną tylko dla rodzin potomków bieżeńców, zainteresowała szeroką publiczność. Ludzie dostrzegli w niej uniwersalność – właśnie opowieść o prostych ludziach postawionych w sytuacji ostatecznej, opowieść o uchodźstwie. Dostała bardzo ważną na Podlasiu Nagrodę Literacką im. Wiesława Kazaneckiego. Znalazła się też w finale bardzo prestiżowej międzynarodowej Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki. A publiczność w plebiscycie wybrała ją książka roku Warszawskiej Premiery Literackiej.

Książka w jakiś sposób zmieniła Pani życie?

Przez cztery lata zbierania materiałów żyłam trochę życiem moich bohaterów. By móc ich zrozumieć, musiałam razem z nimi przejść przez ich historie, otworzyć się na ich przeżycia. Wszystkie i bez oceniania: zarówno te szlachetne, o których się do dziś opowiada, jak i te intymne, czasem wstydliwe, o których głośno się nie mówi. To bardzo wzbogacające doświadczenie, pozwalające też wiele dostrzec we własnym życiu i we współczesnym świecie.

Fot. Agnieszka Rayss ; Źródło: Archiwum własne Aneta Prymaka- Oniszk.

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *