„Zamiast ciągle na coś czekać – zacznij żyć, właśnie dziś. Jest o wiele później niż Ci się wydaje”ks. Jan Kaczkowski

„Zamiast ciągle na coś czekać – zacznij żyć, właśnie dziś. Jest o wiele później niż Ci się wydaje”ks. Jan Kaczkowski

Kinka. Poznałyśmy się online, w jednej z grup na Facebooku. Kiedy zaczęłam czytać jej bloga pomyślałam „świetna dziewczyna, wiele nas łączy”. Zgłębiając kolejne posty natrafiłam na informacje o raku tarczycy. „Zaraz, ale co ona ma wspólnego z rakiem?”, młoda, tryskająca życiem i uśmiechnięta.

Kiedy poznałam jej historię, wiedziałam, że muszę zebrać się na odwagę i prosić ją o to, aby opowiedziała ją także Wam. Tak ku przestrodze. Opowiedziała, bardzo szczerze, nie szczędząc bolesnych wspomnień za co jej bardzo serdecznie dziękuję. Historia ciężka i bolesna, ale z happy endem, możliwym m.in. dzięki świadomości jej bohaterki na temat tego jak ważne są badania profilaktyczne.

ObcasyPodlasia.pl: Zazwyczaj na swoim portalu opowiadam o pozytywnym aspekcie kobiecego życia. Dziś jednak jest inaczej. Obie mamy pewną misję, którą chciałybyśmy wspomóc tą rozmową. Rak to temat, którego się boimy, czasem wolimy nie wiedzieć. Nigdy nie zapomnę kobiety, która w kolejce do ginekologa powiedziała mi, że od pół roku ma duży guz w piersi, ale nie pokazuje go lekarzowi, bo jeszcze okaże się, że to rak. Ty o raku mówisz – piszesz głośno i to w trudny sposób, bo na przykładzie własnej historii.

Karolina Wilk/Kinka: Doskonale pamiętam dzień, w którym zdecydowałam się opowiedzieć na blogu swoją historię. To był początek stycznia, byłam po operacji i leczeniu jodem radioaktywnym, czekało mnie kolejne leczenie. Wtedy coś we mnie pękło – opowiedziałam moim Czytelnikom swoją historię. Kosztowało mnie to bardzo dużo nerwów, emocji, łez, uzewnętrznienia się i ponownym zmierzeniem się z problemem. Napisałam tekst, który nazwałam lekcją z życia, zamknęłam komputer i pomyślałam: „Niech się dzieje”. Stało się później coś, czego się nie spodziewałam – oprócz słów wsparcia otrzymałam mnóstwo wiadomości od osób, które też zmagają się z rakiem tarczycy. Wtedy zrozumiałam, jak bardzo ten tekst był potrzebny mi i moim Czytelniom.

Od tego czasu systematycznie pojawiają się na blogu teksty dotyczące hospitalizacji, biopsji, leczenia jodem radioaktywnym – piszę o tym, czego sama szukałam po otrzymaniu diagnozy, a czego nie potrafiłam znaleźć. Informacji o raku tarczycy jest wciąż za mało, a jeśli są – często są przestarzałe. Na forach znalazłam takie rzeczy, które jeszcze bardziej mnie zdołowały. Dlatego teraz staram się dawać wyczerpujące odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie dostaję. Odpowiadam na tyle, ile potrafię ale i pokazuję, że raka można pokonać, bo w dzisiejszych czasach nowotwór to nie wyrok – powtarzam i będę powtarzała to do znudzenia. Moja lekarka zawsze powtarza, że wszystko w życiu dzieje się po coś – każda osoba, która dzięki mojej historii pójdzie się przebadać jest na wagę złota.

Bardzo dużo słyszymy o akcjach profilaktycznych, rak piersi, rak szyjki macicy. Przyznam szczerze, że nie słyszałam nigdy o akcji zachęcającej do badań profilaktycznych tarczycy.

Niestety, ja też nie. Tu nie chodzi nawet o akcję propagującą badania profilaktyczne pod kątem raka tarczycy, ale o profilaktykę chorób całej tarczycy. W dzisiejszych czasach coraz częściej spotyka się osoby, których tarczyca nie funkcjonuje prawidłowo. W moim najbliższym otoczeniu niemal co druga kobieta ma niedoczynność czy nadczynność tarczycy lub chorobę Hashimoto. Wciąż mało mówi się o tym, że pracę tarczycy należy przebadać przed planowaniem ciąży, jak i w trakcie ciąży. Często kobieta będąc w ciąży cierpi na niedoczynność tarczycy, która po urodzeniu dziecka mija, jednak w trakcie ciąży musi być leczona. Odpowiedni poziom hormonów tarczycy ma wpływ na rozwój dziecka, dlatego trzeba się badać. Niestety, nie wszyscy ginekolodzy przepisują takie badania.

Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie martwi i trzeba o tym mówić głośno – kompletne badanie endokrynologiczne składa się z badania krwi i USG szyi. Mówię o tym, ponieważ słyszę od wielu osób, że skoro badania krwi są prawidłowe, lekarz rodzinny nie zleca USG. Pamiętajmy o tym, że USG jest niezwykle ważne! I tu znowu powiem na swoim przykładzie – wyniki krwi miałam w normie, wszystkie. Dopiero na USG pojawiły się dwa guzki, które po biopsji okazały się nowotworem złośliwym. Gdybym zasugerowała się tylko badaniami krwi, do dziś nie wiedziałabym, że mam raka.

Patrząc na Ciebie, młodą tryskającą energią kobietę, ostatnia rzecz, która przyszłaby mi do głowy to taka, że walczysz z nowotworem. W trakcie naszej rozmowy wiemy już, że tę walkę wygrałaś. Opowiedz proszę swoją historię.

Moja historia zaczęła się w pewne zimowe popołudnie. Byłam w 8-mym tygodniu ciąży. Jechałam na profilaktyczną wizytę do endokrynologa. Nic się nie działo, ale dwie moje przyjaciółki miały w ciąży problemy z tarczycą, więc postanowiłam mieć rękę na pulsie. Jechałam do nowego lekarza, poleconego przez kardiolog mojej mamy, ponieważ wcześniejsza wizyta u innego lekarza mi nie odpowiadała. Wiesz jak to jest z lekarzami, musisz czuć się dobrze w jego rękach i ufać mu. I tak trafiłam do doktora Sławka. Pogadaliśmy, lekarz obejrzał badania i zaprosił mnie na USG. Po chwili badania powiedział mi, że widzi na tarczycy dwa guzki i konieczna będzie biopsja, bo nie podobają mu się. Byłam przerażona! Jakie guzy? Jaka biopsja, przecież jestem w ciąży? Czy to może być rak? Doktor wytłumaczył mi, że 99 proc. guzów to zmiany łagodne, jednak moje wyglądają podejrzanie i nalega na jak najszybszą biopsję, żeby w razie konieczności, szybko zadziałać.

Kompletnie załamana wróciłam do domu. 3 godziny później trafiłam z krwotokiem na izbę przyjęć – straciłam ciążę. W dzień kobiet miałam zabieg. Nazajutrz, w swoje urodziny wróciłam do domu sama. Ta strata kompletnie mnie rozbiła. Dwa tygodnie przeleżałam w łóżku, nie dawałam sobie pomóc. Aż przyszedł dzień kiedy uświadomiłam sobie, że jeśli dzisiaj nie wstanę, to się załamię. To był moment, w którym uwierzyłam, że jeśli zmiany okażą się rakiem, podejmę walkę i wygram ją. Zadzwoniłam do doktora Sławka i umówiłam się na biopsję, wyprawiłam zaległe urodziny i pojechałam do mojej ginekolog. Siedziałam u niej zapłakana, a ona mnie przytulała i powtarzała: „Dziecko pamiętaj, wszystko w życiu dzieje się po coś. Wiem, że to boli. Ale może to stało się po coś. Takie rzeczy nie dzieją się bez przyczyny”.

W połowie kwietnia pojechałam na biopsję, a wyniki odebrałam po dwóch tygodniach. Wiadomość o tym, że to rak, nowotwór złośliwy, przyjęłam ze spokojem. Nie płakałam. Ściskałam męża mocno za rękę i słuchałam, jak doktor opowiadał, co teraz mnie czeka. Trafiłam na cudownego, ludzkiego lekarza, który dał mi spokój, nadzieję, ale i uratował mi życie. Później wszystko potoczyło się bardzo szybko – poznałam genialnego onkologa, a chyba miesiąc po diagnozie byłam już po operacji. Trwała długo, ponieważ okazało się, że był mikroprzerzut do węzłów chłonnych. Pół roku później czekało mnie leczenie jodem radioaktywnym. Po leczeniu okazało się, że wciąż mam w szyi kawałek tarczycy, której tam być nie powinno. Zlecono mi kolejne badania po których podjęto decyzję o przeprowadzeniu jeszcze jednego leczenia jodem radioaktywnym. Przeszłam je w lipcu. I wtedy też okazało się, że wygrałam tę walkę! Pamiętam, że kiedy lekarz mówił mi o tym, popłakałam się w gabinecie, a on kazał mi już nie płakać, tylko uciekać stąd, miło go wspominać i cieszyć się życiem. I konsekwentnie się tego trzymam!

Diagnoza zmieniła Twój sposób spostrzegania świata, życia, codzienności. Przewartościowałaś swój świat?

I to jak! Kiedy przychodzi w życiu moment, w którym zaczynasz doceniać tak przyziemne rzeczy jak zrobienie śniadania, wypicie kawy z mężem, plotki z przyjaciółką czy jazda na rowerze, zaczynasz być wdzięczna za to, co masz. Zaczynasz doceniać codzienność, która daje ogromne możliwości. Zawsze się śmieję, że wystarczy być odrobinę bardziej wyrozumiałym dla życia, a okaże się ono całkiem znośne. Ba! Nawet całkiem fajne. W końcu żyję tu i teraz. Zaczęłam robić to, o czym zawsze marzyłam, ale brakowało mi odwagi. Zmieniłam podejście nawet do tak prostej rzeczy jak zabawa z dzieckiem – kiedy jestem z nim, nie zerkam na komórkę, poświęcam mu w pełni swój czas.

Staramy się z mężem wieczorami nie pracować, żeby choć chwilę pobyć razem, pogadać, pośmiać się, wypić razem herbatę. W końcu miałam odwagę odciąć się od osób, które ciągnęły mnie w dół, które były tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebowały. Odpuściłam w wielu kwestiach, dzisiaj wiem, że nie muszę być perfekcyjna, żeby moje życie było idealne. Cieszę się życiem, tak naprawdę! Ale czy to właśnie nie te proste rzeczy sprawiają, że nasze życie jest takie wspaniałe?

Miałaś momenty zwątpienia? Co pozwoliło Ci je przetrwać?

O tak, nawet często. Bałam się, zwyczajnie się bałam co będzie, a brak informacji jeszcze bardziej pogłębiał ten strach. Nie znałam nikogo, kto przeszedł raka tarczycy, nie miałam kogo się poradzić i nie wiedziałam, jak skuteczne jest leczenie. Miałam 29 lat, męża, syna i całe życie przed sobą.

Ogromnym wsparciem była dla mnie rodzina i przyjaciele, którzy stawali na rzęsach, żeby mi pomóc. Mój mąż, który zawsze był moim ogromnym wsparciem, który trzymał mnie za rękę i prowadził, gdy ja już nie miałam siły iść dalej. Moi rodzice, którzy opiekowali się moim synkiem, kiedy z mężem jeździliśmy po lekarzach, moje przyjaciółki, które zawsze znalazły czas na rozmowę, na jeszcze jedną kawę przed moim wyjazdem do szpitala. Oni nie pozwolili mi się poddać, wierzyli, że razem wygramy tę walkę.

Jest coś jeszcze – modlitwa. Jestem osobą wierzącą i modlitwa była dla mnie czymś naturalnym. To były momenty, kiedy płakałam i pytałam Boga „co dalej”, nigdy nie pytałam „dlaczego akurat ja”. Wiele osób wstydzi się przyznać do strachu, zupełnie niepotrzebnie. Przecież odwaga to nie brak strachu, ale panowanie nad nim.

Jak dużą rolę według Ciebie stanowi pozytywne myślenie, nastawienie?

Gdyby nie pozytywne myślenie pewnie wpadłabym w depresję – mówię jak najbardziej poważnie. Od zawsze byłam pozytywnie nastawiona do życia, ale w momencie kiedy, życie rzuciło pod nogi kłody, mój optymizm został wystawiony na próbę. Miałam do wyboru poddać się lub zawalczyć. Uwierzyłam, że uda mi się wygrać tę walkę i podjęłam ją. W czasie leczenia pozytywne nastawienie i wiara w powodzenie leczenia są bardzo ważne – niesamowicie wspomagają leczenie. Mi optymizm dodawał coraz więcej siły, doszło nawet do tego, że to ja pocieszałam bliskich, że wyjdę z tego i będzie dobrze!

Jestem radosna, optymistycznie patrzę w przyszłość, chcę pokazać ludziom, że można żyć tak, jak się chce. Wiele osób próbuje zrzucić mi z nosa moje różowe okulary, Ci którzy nie znają mojej historii często mówią, że życie nie jest taki łatwe, jak mi się wydaje. I ja się wtedy tylko uśmiecham! Każdemu jest w życiu ciężko, każdy pracuje ponad siły, ma swoje większe i mniejsze problemy – ale zamiast się nad sobą użalać, lepiej wziąć się w garść, uśmiechnąć się i zacząć działać. Pesymizm, albo jak to się ładnie mówi – realizm, zamienić na zdrowy optymizm!

Prowadzisz bardzo wartościowy blog. Nie dość, że piszesz tak „po kobiecemu”, nie tając żadnych mankamentów naszej kobiecej codzienności, to znaleźć tam możemy cały opis leczenia, badań, hospitalizacji. Myślę, że dla kobiet walczących z nowotworem takie miejsce w sieci to doskonałe przygotowanie na to co je czeka. Wiadomo przecież, że strach ma wielkie oczy, a nieznane budzi lęk. Kiedy postanowiłaś, że stworzysz bloga?

Ojej, dziękuję za tak miłe słowa! Kiedy postanowiłam, że zacznę blogować… Od zawsze uwielbiałam pisać i blogowanie od kilkunastu miesięcy chodziło mi po głowie. Miałam jednak stabilną pracę i ciężko było mi wygospodarować czas na coś dodatkowego. Mąż od dłuższego czasu namawiał mnie, żebym zostawiła dotychczasowe zajęcie i zaczęła robić to, o czym marzę. Ciężko było mi się zdecydować, dlatego życie zdecydowało za mnie. Po tym jak dowiedziałam się, że jestem chora i przewartościowałam swoje życie, postanowiłam spełnić pierwsze marzenie, czyli założenie bloga. Zadzwoniłam do koleżanki ze studiów, która zajęła się techniczną stroną bloga i tak się zaczęło – jestem blogerką od 1 sierpnia 2016 roku i daje mi to niesamowitą frajdę! Pierwsze teksty napisałam na sali pooperacyjnej.

Masz też dużą rzeszę fanów w swoich social mediach. Jednak to nie tylko kobiety zmagające się z chorobą, ponieważ Twój blog to również inspiracja i motywacja.

Nie wiem, czy słowo fani nie jest tutaj nadużyciem. Moi Czytelnicy są moją największą dumą! To mój największy sukces blogowania. Przez rok udało mi się zebrać wokół siebie fantastycznych ludzi, którzy są nie tylko sympatyczni, ale i szczerzy, empatyczni, potrafią cieszyć się ze szczęścia innych, mają genialne poczucie humoru. Marzyłam o tym, żeby stworzyć miejsce, w którym ludzie dobrze się poczują, odstresują, zrelaksują, uśmiechną i uwierzą, że są dobrymi ludźmi. To dzięki moim Czytelnikom mój fanpage jest, jaki jest. Ja ich motywuję do walki o lepsze życie, pokazuję, że problemy trzeba rozwiązywać, iść do przodu i walczyć do końca, że nie wolno bać się marzyć, a oni dają mi motywację do działania, dzielą się swoimi historiami i dzięki nim wiem, że to co robię ma sens.

Teraz kiedy wygrałaś walkę nadal zamierzasz uświadamiać kobietom jak ważne jest to, aby dbać o siebie?

Oczywiście! Jest to na stałe wpisane w misję bloga! Kiedy jest się zdrowym, można wszystko! Ale żeby być zdrowym, trzeba o siebie dbać, trzeba się badać. I będę to powtarzała do znudzenia!

Jak spostrzegasz to co Cię spotkało, Twoją chorobę? Czym dla Ciebie była ta historia?

Ta historia dała mi bardzo wiele. Przede wszystkim pokazała na czym polega życie i pokazała, że ma ono termin ważności – nie wolno więc mi go zmarnować. Bo choroby i inne przeciwności losu będą się zdarzały zawsze, a my mamy się nauczyć żyć pomimo nich. Dostałam niesamowitego kopa mobilizacyjnego, żeby żyć jeszcze bardziej, niż wcześniej. Nie marnować czasu na drobiazgi, skupić się na ludziach, na tym, co się kocha. Kiedyś zastanawiałabym się wiele razy, czy coś zrobić, a dziś myślę „nie ma nic do stracenia, muszę spróbować, bo jak nie teraz, to kiedy?”. Uwielbiam słowa ks. Jana Kaczkowskiego „Zamiast ciągle na coś czekać – zacznij żyć, właśnie dziś. Jest o wiele później niż Ci się wydaje”.

Dziękujemy.

 

Fot. Archiwum własne Karolina Wilk

Udostępnij

Zobacz także

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *