Dziewczyna z lasu – Marzanna Szkuta

Dziewczyna z lasu – Marzanna Szkuta

Mówi o sobie „dziewczyna z lasu” i bez wątpienia nią jest. Wystarczy spojrzeć na jej dzieła, aby niemalże poczuć przyrodę, tajemnicę puszczy.

Przygotowując się do wywiadu z Panią Marzanną uświadomiłam sobie, że jeszcze nigdy nie spotkałam osoby, w której życiu przyroda, natura zostawiłyby tak wielki ślad. Dotąd znałam jedynie definicję słów artysta i artystyczna dusza. W przeszłości, kiedy wyobrażałam sobie obraz odzwierciedlający tę definicję, myślałam właśnie o kimś takim jak Pani Marzanna. Zapraszam do lektury.

OP. Urodziła się Pani i wychowywała na wsi w pobliżu Puszczy Białowieskiej. Od młodzieńczych lat była Pani związana z przyrodą. To wówczas zakiełkowała w Pani miłość do niej? Tak właśnie stała się Pani dziewczyną z lasu?

MS. Urodziłam się i wychowałam w malutkiej wiosce o nazwie Teremiski, ukrytej w samym sercu Puszczy Białowieskiej. Rodzice zbudowali dom rodzinny na uboczu tuż przy lesie, więc miałam do niego bliżej niż do rówieśników. Przez całe moje dzieciństwo las był wkoło. Stanowił odskocznię od trudnego życia na wsi, któremu towarzyszyła ciężka praca i stale brakowało czasu na zabawę, czytanie książek i inne przyjemności. Las dawał mi też poczucie bezpieczeństwa, które jest podstawową potrzebą każdego człowieka i najcenniejszą, moim zdaniem, niezależnie od czasów, w jakich żyjemy. Tak więc „dziewczyną z lasu” byłam odkąd pamiętam. Jednak z tego wyjątkowego i jedynego w Europie, stałam się dopiero, kiedy dojrzałam, by odpowiedzieć sobie na pytanie, czym ten las jest dla mnie, czym powinien być dla innych i czym będzie dla przyszłych pokoleń, jeśli oczywiście przetrwa w niezmienionej formie.

OP. Był taki czas, że wyjechała Pani do miasta.

MS. Po ukończeniu liceum rozpoczęłam pracę, ponieważ ze względów finansowych nie mogłam sobie pozwolić na studia, o których bardzo marzyłam. Musiałam na nie zapracować. Moja kariera zawodowa miała swój początek w Stacji Geobotanicznej Uniwersytetu Warszawskiego w Białowieży, gdzie po raz pierwszy zetknęłam się z botaniką i osobowością profesora Janusza B. Falińskiego, co wybudziło we mnie zamiłowanie do botaniki i sympatię do mojego imienia. Pracowałam tam tylko pół roku, ale to był bardzo ważny okres w moim życiu. Wtedy, w ramach obowiązków służbowych po raz pierwszy ujrzałam Rezerwat Ścisły Białowieskiego Parku Narodowego. Zobaczyłam, jak bardzo różni się to miejsce od lasu, który znałam z dzieciństwa i pierwszy raz zetknęłam się z pracą naukową w terenie. Następnie zainwestowałam w Roczne Studium Menadżerskie w Białostockiej Szkole Biznesu, choć marzyłam o pełnych studiach na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi. Po ukończeniu szkoły zaproponowano mi pracę w Białymstoku, ale wybrałam przygodę i wyjechałam do Wrocławia. Czułam, że muszę „przełamać fale” i zmierzyć się z życiem w pełnej cywilizacji, z dala od rodzinnych stron. To była wielka zmiana, ponieważ Białowieża i Wrocław to dwa skrajnie różne światy. Uczyłam się tam życia wielkomiejskiego, pracowałam w biznesie i poznawałam ludzi, ponieważ to było dla mnie największą tajemnicą. Moja przygoda z miastem miała swój dalszy ciąg w Białymstoku, gdzie podejmowałam kolejne wyzwania w świecie biznesu. Ale ten świat wciąż pozostawał mi obcy.

OP.  Jednak po latach Pani wróciła. Górę wzięła Pani natura?

MS. Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy spacerowałam po Parku Szczytnickim we Wrocławiu i na dłuższą chwilę zatrzymałam się pod starym dębem. Kiedy tak pod nim stałam, po raz pierwszy w życiu poczułam, czym jest „zew krwi”. Łzy popłynęły mi po policzkach z żalu, że jestem tak daleko od domu, i że to nie jest ten mój jedyny, ukochany dąb, pod którym spędziłam wiele dni, wieczorów i nocy razem z gitarą, nieraz w towarzystwie pasących się obok żubrów. W jednej chwili poczułam, że brakuje mi znacznie więcej – ciszy, szumu drzew, muzyki świerszczy, zapachu zawilców i towarzystwa dzikich zwierząt na łące. Po niecałym roku przeprowadziłam się do Białegostoku, ale kilka lat później sytuacja powtórzyła się i to był kolejny sygnał. Wtedy podjęłam decyzję o powrocie do mojej ukochanej Puszczy.

OP. Przyszedł w Pani życiu czas, kiedy musiała Pani wybrać jak wielu ludzi z pasją. Praca na etacie czy realizacja swoich marzeń i pasji. To nie była łatwa decyzja?

MS. Zawsze chodziłam z głową w chmurach, ale też mocno stąpałam po ziemi, dlatego tak wiele lat zajęło mi dojrzewanie do tego, by zacząć realizować swoje marzenia i pasje. Ale tutaj muszę zatrzymać się na chwilę, by wyjaśnić, dlaczego odejście z mojej ostatniej pracy, w którą wkładałam całe serce było tak trudne.

Otóż, po powrocie z miasta nie bardzo wiedziałam, czym będę się zajmować w moich rodzinnych Teremiskach, czy w Białowieży. Moją głowę zaprzątała jedna myśl – chciałam robić coś pożytecznego dla Puszczy, z którą czułam się mocno związana i dla której wróciłam. W czasie wakacji pracowałam w schronisku młodzieżowym w Białowieży, a następnie przez kilka lat przy realizacji projektu „Puszcza Białowieska” duńskiej firmy COWI, dzięki czemu bardziej poznałam specyfikę regionu i jego mieszkańców. To był bardzo ważny etap w moim życiu, ponieważ wtedy zrodziła się w mojej głowie myśl na temat idealnego produktu lokalnego. Wtedy też zaczęłam poznawać różne grupy interesów, które wypowiadały się na temat ochrony Puszczy Białowieskiej. Zupełnie nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć. Czułam się mocno rozbita w tej dziwnej wojnie i próbowałam to jakoś zrozumieć. Rozpoczęłam studia na kierunku ochrona środowiska na Politechnice Białostockiej, a chwilę później podjęłam pracę na etacie w Instytucie Biologii Ssaków Polskiej Akademii Nauk w Białowieży. W mojej pierwszej pracy, w Stacji Geobotanicznej UW poznałam trochę świat botaniki, ale zoologia była dla mnie zupełnie nową dziedziną. Rzuciłam się więc na tę całą naukę niczym wygłodniały wilk. Bardzo inspirował mnie do przemyśleń profesor Zdzisław Pucek, wieloletni kierownik tego Instytutu, ponieważ otoczył mnie swoim profesorskim ramieniem w czasie studiów. Czułam się wyróżniona. To było bardzo miłe. Był też moim sąsiadem i tak po ojcowsku kontrolował to, czego na studiach uczy mnie profesor Simona Kossak na zajęciach z ekologii i ekofilozofii. Przynosił mi dodatkowe podręczniki i nieraz przy sąsiedzkiej herbatce oczarowywał mnie swoimi opowieściami. Wiele razy mnie zachwycił jako człowiek i zaciekawił. Profesor miał dwa oblicza. Z jednej strony był wielkim, niedostępnym i wzbudzającym ogromny respekt, z drugiej zaś, był zwyczajnym, miłym i bardzo ciepłym człowiekiem. Zadziwiał mnie ten dualizm, ale namiastkę tego doświadczyłam już wcześniej pracując z profesorem Falińskim. Dzięki Profesorowi Puckowi nauczyłam się odróżniać autorytet od zwykłego profesora.

Podglądałam moich kolegów naukowców w prowadzonych przez nich badaniach naukowych i chłonęłam ile tylko mogłam, ale nikomu tego nie zdradzałam, gdyż kierowała mną bardziej ciekawość niż sympatia. Kochałam zwierzęta, również te dzikie i trudno było mi przełamać się do prowadzenia badań, czy doświadczeń na zwierzętach. Dlatego też nigdy nie myślałam poważnie o doktoracie z zoologii. Jednak stopniowo uświadamiałam sobie jak bardzo ta cała nauka jest ważna dla codziennego naszego funkcjonowania w zdrowiu, szczęściu i urodzie, ale też w jak wielkim stopniu nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Oczywiście nie wszystko w pracy zawodowej mnie satysfakcjonowało i nie zawsze czułam się spełniona, ale zamiast rozwodzić się na temat niespełnionych potrzeb, czy marzeń podejmowałam inicjatywę i działałam na miarę swoich możliwości. Korzystałam z wiedzy z najwyższej półki, jaką miałam pod ręką i uczyłam się ile tylko mogłam od moich autorytetów z ciała i krwi, których spotykałam w tym nowym dla mnie, ale realnym i coraz bliższym świecie.

W mojej pracy zawodowej wiele razy zetknęłam się z problemem fragmentacji środowiska i tworzeniem sieci korytarzy ekologicznych. Wtedy także uczyłam się o tym na studiach. Zapadło mi to głęboko do serca, ponieważ sama uczestniczyłam w pracach mających na celu popularyzację tych ważnych zagadnień. Kwitła we mnie świadomość niczym dzikie pnącze otulając każdą komórkę mojego ciała. To podobne uczucie do tego, kiedy biorę do ręki najmniejszy pędzelek, jaki można sobie wyobrazić i nanoszę cechy charakterystyczne wybranego gatunku na jakimś malutkim elemencie biżuterii. Z wielką radością obserwuję reakcję odbiorcy, kiedy opowiadam o idei mojej twórczości takim prostym językiem, pełnym moich osobistych uczuć i doświadczeń. Nieraz tłumaczyłam moim rodzicom i nie tylko im, po co jest martwe drewno w lesie odwołując się do pracy na roli, a w wolnych chwilach oddawałam się też innym pasjom, ale nie afiszowałam się ze swoimi talentami. Cieszyło mnie tworzenie do przysłowiowej szuflady nawet w takim minimalnym wymiarze. Jednak przyszedł czas na wielkie zmiany. Odchodząc z pracy po prawie 12 latach czułam, jakbym odcinała się od pępowiny, bo wcześniej planowałam zostać tam do emerytury i po raz pierwszy przyzwyczaiłam się do „ciepłej posadki” na etacie. Pozostawiłam w tym miejscu kawałek swojego serca, ale temu rozstaniu towarzyszyło niezwykle silne uczucie, które nakazywało mi podjąć nowe wyzwanie. W takich trudnych chwilach zawsze towarzyszy mi kobieca myśl, że to w największym bólu rodzi się najpiękniejsze – dziecko i świadomość.

OP. Pani biżuteria, to nie tylko ozdoba. To małe dzieła sztuki, które hołdują przyrodzie i regionowi, w którym żyjemy. W wywiadach podkreśla Pani, że inspiracje czerpie z otaczającego nas świata.

MS. Inspiruje mnie zarówno świat dzikiej przyrody jak i ten czysto ludzki, ponieważ oba razem stanowią pewną całość, wobec czego pozostajemy we wzajemnej zależności. Moje wykształcenie oraz doświadczenia życiowe i zawodowe uświadomiły mi, w jak wielkim stopniu brak elementarnej wiedzy na temat takich zupełnie podstawowych zależności może mieć destrukcyjny wpływ na kształtowanie charakteru człowieka i piękną, dziką przyrodę, w której wyrosłam i którą wciąż jeszcze mam wkoło siebie. Zafascynowało mnie zagłębianie się w podstawy ekologii, fizjologii i ewolucji zwierząt, ponieważ odnalazłam w tym wiele związków z moim codziennym życiem, a że umysł mam bardzo analityczny, to nieraz zatracałam się w moich osobistych badaniach naukowych traktując siebie, jako obiekt tychże badań. Nie zauważyłam momentu, kiedy stało się to jedną z moich pasji.

Biżuteria, to oczywiście tylko język, którym opowiadam o tym, co jest dla mnie naprawdę ważne. Przez ostatnie lata wnikliwie obserwowałam dokąd zmierza świat w tym pędzie technologicznym. Wciąż bardzo dotyka mnie produkcja masowa tanich przedmiotów marnej jakości i bezrefleksyjna ich konsumpcja, ponieważ od dziecka rodzice wpajali mi, że nie stać nas na tanie produkty. Boli mnie świadomość, że bylejakość leży u podstaw czasów, w których przyszło mi żyć, ponieważ taki stan rzeczy bezpośrednio przekłada się również na duchową i uczuciową sferę naszego codziennego życia. Należy pamiętać, że to popyt rodzi podaż, a reklama jest dźwignią handlu.

Bardzo brakowało mi oryginalnych, ekskluzywnych dzieł z duszą wykonanych ręcznie, opisujących bogactwo miejsca, w którym wyrosłam, które mnie inspiruje i którym przesiąkłam jak przysłowiowa skorupka za młodu. Brakowało mi drobiazgu, w którym dla kontrastu zamknięta jest wielka wartość, by można było z łatwością przewieźć go do każdego zakątka świata i tam promować bogactwo miejsca, z którego pochodzi. Jako projektantka biżuterii potraktowałam Puszczę Białowieską jak kopalnię diamentów, które postanowiłam „szlifować” na swój sposób, by olśniły świat. Trochę też przez przekorę w stosunku do znanej myśli „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Poznałam więc trochę cudzego i pochwaliłam, a z tego co dobre, skorzystałam. Przywiozłam wiele inspiracji z podróży do Szkocji, jednak najbardziej zachwyciła mnie różnorodność biologiczna tu, gdzie są moje korzenie. Tę wartość i piękno wychwalam jak i gdzie tylko mogę.

Studia przyrodnicze i praca w placówce naukowej okazały się kopalnią wiedzy o moim ukochanym lesie i o mechanizmach, jakimi rządzi się świat dzikiej przyrody. Takiej wiedzy nie czerpie się z obserwacji, a przede wszystkim z badań naukowych. Należy pamiętać, że wzrok nas oszukuje. To, co widzimy nieraz okazuje się czystą iluzją. Dzika przyroda jest dziełem mistrza wszechczasów. Już Michał Anioł zauważył, że „maluje się tylko po to, aby oszukać oczy”. Przyszedł taki moment w moim życiu, kiedy mocno poczułam, że muszę o tym opowiedzieć takim prostym, kobiecym językiem. Choć to wcale nie jest takie proste, ponieważ moją twórczość kieruję do tych, którzy pragną zagłębić się w taki niekonwencjonalny sposób w ważne kwestie dla otaczającego nas środowiska naturalnego. U podstaw mojej determinacji leży fakt, że jestem nie tylko „dziewczyną z lasu”, ale też Podlasianką, a Podlasie to zagłębie przyrodnicze o wyjątkowej urodzie i wartości. Musimy przyjąć do wiadomości, że to właśnie jest największym atutem tej części Polski. Postanowiłam zamknąć moją świadomość i emocje w miniaturze, by piękne, inteligentne i ambitne kobiety mogły prezentować ten zasób wartości i wiedzy nosząc moje dzieła blisko swoich ciał. Zależy mi także na tym, by potrafiły coś opowiedzieć o tym innym. Taki mam pomysł na edukację w połączeniu ze sztuką oraz modą, a właściwie stylem opartym na elegancji szeroko rozumianej.

2_Sesja z zimorodkiem_fot Krzysztof OnikijukFot. Krzysztof Onikijuk

OP. Aby oddać tak wierny obraz chociażby zwierząt, musi Pani znać ich naturę?

MS. W moich małych dziełach ukazuję cechy charakterystyczne gatunków w sposób bardzo precyzyjny. Jednak nie tylko na urodę tych pięknych stworzeń zwracam szczególną uwagę, a także na środowisko ich życia, gdyż od niego zależy ich byt.

Pierwszymi gatunkami, których wizerunek pozwoliłam sobie wykorzystać była sóweczka i dzięcioł czarny. Sowy i dzięcioły, to typowi mieszkańcy lasu, w którym zachodzą naturalne procesy i obecne są drzewa w różnym wieku, zarówno te żywe jak i martwe. Sóweczka to najmniejsza sowa w Europie, która oczarowała mnie swoją urodą, a dzięcioł czarny jest największym spośród dzięciołów i ma bardzo charakterystyczny wygląd. Jest ubarwiony na czarno, a samce mają elegancką, czerwoną „czapeczkę”. Ze względu na tę elegancję dzięcioł czarny został twarzą mojej pierwszej kolekcji.

3_fot Tomasz J. Kamiński_1Fot. Tomasz J. Kamiński

Karol Darwin stwierdził, że „wyrafinowane piękno płci męskiej istnieje tylko w tym celu, aby podniecać płeć żeńską”. Jestem bardzo ciekawa, co miał na myśli ten wielki uczony. Mam wprawdzie na to własną teorię, ale chętnie posłuchałabym jakiegoś wykładu naukowego na ten temat. Wśród ptaków, to właśnie samce są piękniej ubarwione, ale kiedy zatrzymamy się na chwilę, by poobserwować ich zachowania, to oczarowuje. Ileż w tym można odnaleźć cech ludzkich albo zwierzęcych w człowieku, jeśli zatrzymamy się na obserwowaniu ludzi. To dla mnie kopalnia inspiracji.

Mieszkając we Wrocławiu odwiedziłam kiedyś słynny ogród zoologiczny, który wcześniej znałam z telewizji, ponieważ brakowało mi kontaktu z dzikimi zwierzętami. Wtedy uświadomiłam sobie, że te wszystkie zwierzęta wyjęte z naturalnego środowiska ich życia i pozamykane w klatkach nie zachowują się naturalnie. To nie to samo, co obserwowanie żubra na własnej łące odpoczywając pod wiekowym dębem. Zasmuciło mnie to bardzo i od tamtej pory nie odwiedzałam już ogrodów zoologicznych.

Kiedy przygotowuję projekty moich mini dzieł wnikam głębiej w biologię poszczególnych gatunków i ich naturę. Ta wiedza jest podstawą do określenia środowiska ich życia w sposób symboliczny. Studiuję też różnice w wyglądzie samic i samców poszczególnych gatunków tzw. dymorfizm płciowy, co obok problemu fragmentacji środowiska bywa tematem moich prac. Wielką trudnością jest zamknięcie tego wszystkiego w miniaturze, gdyż wymaga to ogromnej precyzji i anielskiej cierpliwości, a ja stawiam na wysoką jakość i oryginalność. Staram się, aby moje dzieła były różnorodne, ponieważ wielka w tym wartość. Jak w dzikiej przyrodzie. Biżuteria musi wyglądać atrakcyjnie, zarówno z daleka jak i z bliska, by przyciągać wzrok. Podstawą jest więc właściwa kompozycja, której wciąż się uczę, ale też zdaję się na własną intuicję i wrażliwość.

OP. Dzieła wychodzące spod Pani rąk to również pewnego rodzaju monolog, który ma za zadanie przekazanie światu Pani emocji?

MS. Zawsze towarzyszą mi ogromne emocje, kiedy mam kontakt z dzikimi zwierzętami. Tak było, kiedy po raz pierwszy ujrzałam sóweczkę. Jest naprawdę malutka. Choć to ptak, porównałabym ją do kota, gdyż sprawia wrażenie jakby miała sierść zamiast piórek. Przyzwyczaiłam się do dużo większego puszczyka, którego widuję za oknem. Ten gatunek także mnie zauroczył. Nigdy nie zapomnę uczuć towarzyszących mi w obserwacji trzech młodych puszczyków, które siedziały wysoko i wpatrywały się we mnie dziwnie obracając głowami we wszystkich kierunkach. Poczułam wtedy, że one także obserwują mnie badawczym wzrokiem i pomyślałam, że może zadziwiam je tak samo jak one mnie. Było w tym coś magicznego i podniecającego. Z trudem oderwałam się od tego widoku. Kilka sezonów później ponownie udało mi się nawiązać kontakt z młodym puszczykiem, który chwilę wcześniej przeleciał mi nad głową, a potem usiadł na gałęzi tuż obok. Pierwszy raz zwabiłam młodą sowę tak zupełnie przez przypadek naśladując jej głos. Zmierzchało, a więc była pora karmienia. Młoda, naiwna sowa dała się oszukać idąc za głosem instynktu. I tak odzywaliśmy się do siebie. To było piękne doświadczenie. Nigdy wcześniej tego nie robiłam, ale tym razem nie mogłam się oprzeć.

Miałam też i taką sytuację, kiedy wspinała się po mnie wydra, a innym razem malutka łasiczka, która zagościła na mojej głowie. To bardzo dziwne uczucie, kiedy drobne łapki wędrują po naszym ciele, jak po nowym, nieznanym lądzie. W takich chwilach rodzi się lęk i jednocześnie wybudza ciekawość, a emocje sięgają zenitu i hipnotyzują swoją nieokiełznaną siłą. Zdarzyło mi się też nieraz bawić i tulić do serca rysiątko, jak matka swoje dziecko. A kilka lat temu odwiedził mnie w domu obiekt moich badań naukowych, które prowadziłam do pracy dyplomowej na studiach – rzadki chrząszcz o nazwie pachnica dębowa. Czułam się więc zaszczycona. W takich momentach zawsze rodzą się bardzo silne emocje, które trwale zapisują się nie tylko w pamięci, ale i w sercu, tworząc nierozerwalną więź. Dlatego też w moje dzieła wkładam piękne wspomnienia i mnóstwo czułości, by emanowały tym, co najcenniejsze. To dla mnie bardzo ważne, ponieważ w przyszłości kobiety będą nosić je blisko ciała.

4_łasica_fot Tomasz J. KamińskiFot. Tomasz J. Kamiński

Spotkania z dzikimi zwierzętami oczarowują i trudno potem już normalnie żyć. Od dziecka żubry stanowiły część mojego otoczenia, mimo to, kiedy widzę je po raz kolejny, zawsze mam dreszcze. Tak jakbym widziała je po raz pierwszy w życiu. To taka fascynacja, która trwa i trwa. Myślę, że zatrzymanie tych pięknych wrażeń wyłącznie dla siebie byłoby nieetyczne. Obawiam się, że na skutek bezrefleksyjnej działalności człowieka mój ukochany las ulegnie zniszczeniu, w wyniku czego niektóre gatunki o wyjątkowej urodzie będzie można oglądać jedynie na fotografiach albo dziełach takich jak moje. A przecież naszym ludzkim zadaniem jest takie postępowanie, by przyszłe pokolenia mogły również cieszyć swoje zmysły ich urodą. Wkładam całe serce w to, co robię także po to, by zainspirować innych twórców do takiego kreatywnego opowiadania o urodzie i wartości dzikiej przyrody oraz systemie wartości, który w obecnych czasach jest jak ginące gatunki w dzikich ostępach pierwotnego lasu. To taka moja osobista forma ochrony, którą nazywam „koncepcją Szkuty”.

Wielką motywacją dla mojego przedsięwzięcia okazały się słowa jednego z moich autorytetów naukowych – profesora Januarego Weinera z Uniwersytetu Jagiellońskiego, który w jednej ze swoich publikacji stwierdził, że „taką będziemy mieli przyrodę, na jaką zasłużymy”. Kiedy przeczytałam te słowa, smutek zagościł w moim sercu, ponieważ poznałam pana profesora, jednego z największych uczonych i potrafię docenić wartość jego słów. Wszyscy musimy mieć świadomość naszej roli w otaczającym nas świecie. Wystarczy popatrzeć na mapę Europy, której cały obszar niegdyś pokryty był lasem naturalnym, a dziś w konsekwencji działalności człowieka pozostał nam malutki, ledwo widoczny skrawek w postaci Puszczy Białowieskiej, w której miałam szczęście urodzić się i wychować. Nadszedł taki czas w moim życiu, kiedy uznałam, że to zobowiązuje.

Zmiany wywołane destrukcyjną aktywnością człowieka naprawdę mocno mnie zasmucają, co rodzi we mnie wielkie emocje. Przekuwam je na energię twórczą, by zakomunikować światu ten jakże ważny problem w sposób możliwie delikatny nie tylko, jako absolwentka ochrony środowiska, czy były pracownik instytutu naukowego, ale przede wszystkim, jako człowiek bardzo wrażliwy na zanikanie piękna natury.

OP. Jednak nie tylko biżuteria jest Pani pasją, moda i projektowanie również w Pani życiu miało swój czas.

MS. To zaczęło się w czasach mojego dzieciństwa, kiedy z wielką pasją stroiłam moje lalki. W wieku trzynastu lat samodzielnie uszyłam pierwsze ubranko z koronki jednej z moich lalek, a rok później – pierwszą spódniczkę już dla siebie. Widząc mój zapał, mama kupiła najlepszą maszynę do szycia, jaka była wtedy dostępna na polskim rynku. To były trudne czasy, ponieważ półki w sklepach świeciły pustkami. Na szczęście dość wcześnie zrozumiałam, że „potrzeba jest matką wynalazku” i zabrałam się do pracy. Sama robiłam wykroje, więc przygód miałam wiele. Cały projekt zawsze rozpoczynałam od rysunku, który dodatkowo komplikowałam jakimiś detalami, co już na tym etapie wyróżniało moje kreacje. Jednak moja niepohamowana i barwna wyobraźnia nieraz płatała mi figle, więc popełniałam błędy, a ich naprawianie było wyzwaniem i początkiem przygody w nieznane. W wyniku eksperymentów zawsze wychodziły mi bardzo oryginalne prace. Kiedyś mój Tata podniósł mi poprzeczkę jedną ze swoich opinii. Był oszczędny w słowach, ale mocno wpłynął na moje ambicje. W takich sytuacjach, początkowo było mi przykro, kiedy dopuszczałam serce do głosu, ale chwilę później szłam po rozum do głowy i zawsze myślałam sobie w duchu „ja ci jeszcze pokażę”. Nic wtedy nie mówiłam. Zaciskałam zęby i zabierałam się do pracy. Kilka razy skorzystałam z konsultacji krawcowych na wsi. Prosiłam o recenzję moich prac, a nie o wskazówki jak mam je skroić czy uszyć. Już od najwcześniejszych lat moje prace były od początku do końca autorskimi dziełami. Tak przez lata szyłam i przerabiałam ubrania wyłącznie na swoje potrzeby wypracowując własny styl. Te wszystkie doświadczenia okazały się bardzo przydatne, kiedy rozpoczynałam przygodę z biżuterią.

OP. Po niemal 20 latach starań spełniła Pani jedno ze swoich marzeń, jakim były studia na ASP w Łodzi. To swego rodzaju dopełnienie?

MS. Tak generalnie uważam, że marzenia należy spełniać, a nie czekać aż spełnią się same. Kiedy zdecydowałam, że resztę życia poświęcę na tworzenie wymyślonych przeze mnie dzieł, promujących otaczające mnie bogactwo przyrodnicze, w jednej chwili podjęłam decyzję o dokształceniu. Już dawno temu wzięłam sobie głęboko do serca słowa: „nauka to potęgi klucz”. Obecnie mam na to wiele dowodów. Wiedza okazała się kluczem, którym otworzyłam sobie wiele ważnych drzwi do pierwszych sukcesów. Wybrałam się na studia podyplomowe na kierunku projektowanie biżuterii, na Wydziale Tkanin i Ubioru Akademii Sztuk Pięknych im. W. Strzemińskiego w Łodzi. Chciałam nauczyć się tam innych technik biżuteryjnych i dowiedzieć się jak najwięcej o sztuce w biżuterii. Praca z metalem jednak mnie nie porwała. Nigdy nie zapomnę pierwszego wrażenia, jakie wywarły na mnie warsztaty na ASP, a zwłaszcza te wszystkie urządzenia, palniki, piłki, młotki itd. Dla moich mocno nadwrażliwych zmysłów koszmarem okazały się dźwięki i zapachy oraz sama estetyka takiego warsztatu. Najlepiej czuję się w mojej malutkiej, ale przyjaznej pracowni, gdzie za oknem mam dziką przyrodę. Przez pierwsze zjazdy bardzo męczyłam się na zajęciach technicznych. Tęskniłam za drewnem, malarstwem i tkaninami. Musiałam przełamać się, ponieważ trzeba było wykonać prace na zaliczenie zajęć. Jednak wiele nauczyłam się na mojej wymarzonej uczelni i wciąż poszerzam swoją wiedzę, ale też na nowo pokochałam moją technikę autorską.

Po skończeniu studiów zatrzymałam się, aby raz jeszcze przemyśleć sobie całe moje przedsięwzięcie. Zawsze, kiedy mam jakieś wątpliwości towarzyszy mi bardzo mądra myśl: „pośpiech jest złym doradcą”. Takiego przystawania na krótką lub dłuższą chwilę nauczył mnie mój Tata, który zawsze śpieszył się powoli i wpadał na genialne pomysły zachwycając swoimi wynalazkami. To bardzo poruszające wspomnienia ze względu na jego niedawne odejście. Wieloletnie obserwacje jego poczynań to bardzo ważny i podstawowy etap mojej edukacji.

Chciałabym postudiować jeszcze kilka lat na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi, ale muszę rozwijać swoją działalność i dalej tworzyć mini dzieła, w których połączę naukę ze sztuką.

OP. Pani biżuteria została również doceniona. Ma Pani na koncie wystawę swoich prac w gmachu Opery i Filharmonii Podlaskiej.

MS. Właśnie mija rok od pierwszej wystawy moich prac pt. „Biżuteria z głębią” w Gmachu Opery i Filharmonii Podlaskiej – Europejskim Centrum Sztuki w Białymstoku, zorganizowanej przez Podlaską Regionalną Organizację Turystyczną. To był mój debiut artystyczny, ale też efekt wielu lat przemyśleń, doświadczeń i edukacji na różnych poziomach. Moja wystawa została objęta patronatem honorowym przez Marszałka Województwa Podlaskiego. Jest mi miło, że mój niekonwencjonalny pomysł na edukację i promocję wartości przyrodniczych naszego regionu został doceniony przez władze wojewódzkie, a także Starostwo Powiatowe w Hajnówce. Wystawa została objęta również patronatami medialnymi (TVP3 Białystok, Polskie Radio Białystok, Kurier Poranny), dzięki czemu mój przekaz i ten najważniejszy, bo pierwszy raz, pozostawił trwały ślad na taśmach mediów lokalnych. Moja wystawa otrzymała również patronaty Muzeum Podlaskiego w Białymstoku i Lokalnej Organizacji Turystycznej „Region Puszczy Białowieskiej”. Tydzień po wernisażu tworzona przeze mnie biżuteria została zgłoszona do konkursu Podlaska Marka w kategorii „Odkrycie”, jako biżuteria o charakterze edukacyjnym. Wartość edukacyjna moich dzieł, jako nowatorski sposób opowiadania o różnorodności biologicznej, została także doceniona przez Polską Akademię Nauk w Warszawie, która promowała moją wystawę na stronie internetowej. To dla mnie wielka motywacja do kontynuacji takiej formy popularyzacji nauki. Kilkakrotnie też byłam zapraszana do Białowieskiego Parku Narodowego, by zaprezentować moją twórczość przed młodzieżą, nauczycielami, przewodnikami turystycznymi, miłośnikami ptaków i lekarzami weterynarii przy okazji konferencji czy sympozjów.

OP. Dużo mówi Pani o naturze. Pani codzienne życie jest zgrane z jej rytmem?

MS. Mówiąc o naturze często mamy na myśli po prostu przyrodę. Dla mnie, to znacznie więcej. Szukając wewnętrznego spokoju i harmonii przez lata poznawałam swoją własną naturę. Według mnie człowiek przypomina książkę, której wartość jest ukryta w treści, nie w okładce, choć zdarza się, że okładka pięknie nawiązuje do treści. Pragnę resztę mojego życia przeżyć świadomie. To właśnie leży u podstaw moich rozmyślań i wszelkich decyzji.

Kocham wracać do korzeni i odczuwam ogromną tego potrzebę. Kiedy rozważam jakiś problem np. z zakresu psychologii, czy ewolucji, staram się dotrzeć do źródeł i zatrzymać choćby na krótką chwilę przy moich wielkich autorytetach naukowych. Odbywając podróż w zakamarki mojego dzieciństwa zawsze towarzyszy mi myśl Carla G. Junga, jednego z największych uczonych i jednocześnie ojca psychologii analitycznej, który powiedział, że „człowiek zawsze nosi z sobą całą swą historię, a także historię ludzkości”. Już dawno temu zrozumiałam, że sama muszę zagłębić się w tę historię, by lepiej zrozumieć swoje obecne preferencje. Ten wielki uczony powiedział też, że „w każdym z nas jest ktoś, kogo nie znamy, przemawia do nas w snach i tłumaczy, że widzi nas zupełnie inaczej, niż my – siebie”. Mając te słowa na uwadze z wielką pasją analizowałam swoje barwne sny myśląc, że pewnie i ja nie patrzę na siebie właściwie i dlatego po raz kolejny usłyszałam zew krwi, już będąc tu w mojej umiłowanej Puszczy. Poczułam, że dusza artystyczna koniecznie musi tworzyć, bo taka jest jej natura i poddałam się temu z największą pokorą, choć nie było łatwo dokonać tak wielkich zmian życiowych i zawodowych w tak krótkim okresie czasu, choćby z powodu ogromnej presji otoczenia.

Wciąż jestem na początku mojej nowej drogi, ale daję z siebie wszystko, by rozwijać się mimo nie zawsze sprzyjających okoliczności. Jednak już na tym etapie dzięki spełnieniu twórczemu odczuwam wielki spokój wewnętrzny i równowagę. Nie oddałabym tego za nic na świecie.

OP. Wyobraża sobie Pani, aby mogła wrócić do miasta i robić coś innego?

MS. Oczywiście wyobrażam sobie możliwość powrotu do miasta, ponieważ mam ogromną wyobraźnię. Człowiek rozumny (Homo sapiens), jako gatunek, wykształcił wielkie zdolności adaptacyjne, to też może żyć, a raczej mieszkać prawie wszędzie. Tylko, że ja chciałabym żyć szczęśliwie, nie „wegetować”, gdyż wegetacja przypisana jest roślinom. Jednak moje doświadczenia i obserwacje umocniły mnie w przekonaniu, że szczęścia nie należy budować na byle jakich fundamentach, a już na pewno nie na krzywdzie i bólu innych ludzi, bo to zwykła kradzież, która godzi w wartość człowieka na poziomie duchowym. Uważam, że jakiś porządek na tym ziemskim świecie i równowaga pomiędzy potrzebami ciała i duszy powinny być zachowane. Poprzez twórczość staram się stać na straży tego porządku w moim realnym świecie na miarę moich możliwości. W obecnych czasach niestety jest to bardzo mocno rozchwiane poprzez pośpiech, niską świadomość, kompleksy, brak refleksji i bylejakość, ale przede wszystkim przez brak komunikacji, zrozumienia i współpracy pomiędzy różnymi grupami interesów i jednostkami, również w obrębie tych grup. Uważam, że to ma ogromny wpływ na poczucie stabilności i bezpieczeństwa odczuwanego przez całe społeczeństwo, jak i jednostkę. Tylko człowiek bez wyobraźni, czy poczucia odpowiedzialności nie martwi się takim stanem rzeczy.

Uważam, że sztuka obok nauki, służby zdrowia oraz prawa powinna służyć ludzkości i tak należy na nią patrzeć. Jest więc daleka od idei biznesu, gdzie sukces najczęściej przelicza się na generowany zysk w postaci różnych walut. Pewnych wartości nie da się przeliczyć na żadną z nich. Władza i pieniądze rządzą dziś światem, którego doświadczamy zmysłami. Ale jaka wartość zapisałaby się w ludzkim życiu bez szacunku i uznania otoczenia, bez wolności od ciężaru sumienia i wyobraźni twórczej zapewniającej lekkość bytu? Smuci mnie każde wyobrażenie takiego stanu rzeczy.

Chciałabym pozostać w moim ukochanym lesie tak długo, jak tylko będę mogła. Jednak życie nauczyło mnie, że nic nie trwa wiecznie i czasem zachodzi konieczność dokonywania bardzo trudnych wyborów, by „złapać wiatr w żagle”. Kocham wyzwania, ale z pewnością nie przestanę tworzyć i opowiadać o tym wszystkim, co mnie ukształtowało, co sprawia, że odczuwam harmonię i radość życia niezależnie od miejsca, w którym fizycznie przebywam. Las i dzika przyroda wypełnia moją artystyczną duszę i serce, więc gdziekolwiek los mnie zaprowadzi, tam będę kontynuować moje dzieło, ponieważ jestem „dziewczyną z lasu” – mojej małej ojczyzny. Tu jestem wolna jak ptak, który rozwija skrzydła i wzlatuje z lekkością dmuchawca na wietrze, zachowując poczucie bezpieczeństwa. Tej ojczyźnie jestem i pozostanę wierna za inspiracje, za siłę, wiarę i nadzieję oraz za nieustającą miłość do dzikości i piękna natury. Za wrażliwość i bogactwo, którym mnie obdarowała pozostaję wdzięczna i „zaklinam” tę wartość w mini dziełach sztuki – dziełach Szkuty.

5_fot Tomasz J. KamińskiFot. Tomasz J. Kamiński

Dziękujemy.

ObcasyPodlasia.pl

Fot. Tomasz J. KamińskiKrzysztof Onikijuk

Źródło: Archiwum prywatne MS.

Share

Comments

  1. Cokolwiek się stanie możesz tylko już iść dalej 🙂

    • Na mojej „planecie” jest wiele drzwi, które otwierają się tylko w jedną stronę. Nie da się cofnąć… Każdy gość także musi poruszać się razem ze mną – do przodu. Są też inne drzwi z napisem „wolność”, którymi zawsze można wyjść… 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *