O samoakceptacji z humorem…czyli od redaktor naczelnej słów kilka

O samoakceptacji z humorem...czyli od redaktor naczelnej słów kilka

O samoakceptacji z humorem…czyli od redaktor naczelnej słów kilka. Redaktor naczelna…jak to poważnie brzmi. Gdybyście mnie teraz widziały – turban na głowie, palce u rąk i nóg sztywne, bo przecież paznokcie pomalowane. Skóra cała zaczerwieniona, bo przeleżałam w wannie prawię godzinę (ale za to zabalsamowałam zwłoki) i pidżama z Myszką Miki. Brakuje tylko moich ukochanych włochatych, różowych kapci, bo nie mogę ich odnaleźć po remoncie. Zaczynam podejrzewać, że wpadły w oko, któremuś z Panów z ekipy budowlanej. Siedzę na podłodze na białym dywaniku i popijam herbatę z różowego kubka pisząc dla Was artykuł. Redaktor naczelna, kto by pomyślał.

Dlaczego? Jakiś czas temu w rozmowie z jedną z moich Czytelniczek padło pytanie „Co sprawiło, że w końcu zaakceptowałaś siebie?. No właśnie co?

Zawsze chciałam być subtelną blondynką z prostymi włosami. Za moich czasów panował trend na Beverly Hills 90210 . Każda z nas podkochiwała się w Dylanie i każda chciała być Donną, Brendą czy Kelly. I ja też. Kto oglądał ten wie o co chodzi. Jakież było moje rozczarowanie po okresie dojrzewania, kiedy okazało się, że bardzo, ale to bardzo odbiegam od mojego wymarzonego ideału. Amazoński busz jest bardziej ujarzmiony od moich włosów. Subtelna…hmm, kwestia sporna. No i cała reszta, której totalnie nie akceptowałam praktycznie do trzydziestki.

Właśnie te osiemnaste (plus dwanaście) urodziny były momentem kiedy spojrzałam na siebie inaczej. W lustrze zobaczyłam kobietę, która całkowicie poddaje się temu co się z nią dzieje. I nie byłoby w tym nic złego, są takie kobiety, gdybym tylko czuła się ze sobą dobrze. Pomyślałam sobie „Ok czas mija i są rzeczy na które totalnie nie masz wpływu, ale zrób dla siebie chociaż tyle (teraz wiem, że aż tyle), abyś mogła spojrzeć na siebie w lustrze i się do siebie uśmiechnąć”.

Poddałam się krytycznej samoocenie. Okazało się, że przez te trzy dekady, oprócz męża i firmy dorobiłam się:

  • potrójnego podbródka (drugi pojawił się pewnie po dwudziestce);
  • pięknych rozstępów, które niczym promienie słoneczne okalały moje uda;
  • totalnego nieładu na głowie.

Byłam na najlepszej drodze do stania się kobietą, której nie dość, że bym nie akceptowała to pewnie jeszcze znienawidziła. Los w prezencie na trzydziestkę dołożył trądzik wieku dojrzałego – długo czekał z tym prezentem. I żeby było jasne, kobiety z potrójnym podbródkiem też są piękne pod warunkiem, że akceptują siebie takimi jakie są. Bo o to w tym wszystkim chodzi.

Zaczęłam działać!

Zapisałam się na Zumbę, dwa razy w tygodniu przez prawie trzy lata, potem aerobik. Dla siebie. Szybko zobaczyłam, że oprócz efektów wizualnych, gratis dostałam dobre samopoczucie czułam się też zdrowsza. I co ważne zajęcia pozwoliły mi rozładowywać emocje.

Możecie sobie wyobrazić taką sytuację. Leżę na kozetce w gabinecie gastrologa, lekarz bada mój brzuch:

Proszę się rozluźnić – wykonuję  jego polecenie.

Nie zbadam Pani jeśli się Pani nie rozluźni – więc staram się jeszcze bardziej.

– Ja jestem rozluźniona doktorze – patrzy na mnie zniecierpliwiony,

Czy Pani coś ćwiczy ? –  pyta.

–  Tak, ćwiczę – odpowiadam z dumą .

Okazało się, że nie byłam spięta, tylko tak wyrobiłam sobie mięśnie brzucha. Wyszłam dumna jak paw „Czy Pani coś ćwiczy?”. Wiecie jak to działa?

Niestety wiele czynników złożyło się na to, że musiałam zwolnić tempo. Zajęcia zamieniłam na bieganie i rower. Ostatnio testuję biegi z psem…bardzo często za psem jeśli nie zamknę w porę bramy. Jednak zawsze pamiętam, że robię to wszystko dla siebie. Potrafię rozróżnić zwyczajnego „lenia” od stanu kiedy faktycznie powinnam odpuścić. I sobie na to pozwalam.

A co z tym buszem na mojej głowie?

Hmm… Prostowałam włosy za pomocą środków, prostownicy, były momenty kiedy myślałam też poważnie o żelazku. I tak kilkanaście lat, a one i tak żyły swoim życiem. Zmieniałam fryzjera z wizyty na wizytę i w końcu trafiłam na osobę, która totalnie zmieniła mój punkt widzenia. Nie wiem jakim cudem. Wiele osób mówiło mi, że mam świetne włosy. Ja je znienawidziłam. Wystarczyło kilka słów Sylwii i stały się czary. Pokazała mi jak sobie z nimi radzić, jak pielęgnować. Teraz spostrzegam siebie zupełnie inaczej. Kiedy chcę mam loki „To musi być Pani, tylko Pani taka lokata”, powiedziała kiedyś kobieta z którą umówiłam się na wywiad w kawiarni. Widziała mnie wcześniej jedynie na zdjęciach. Kiedy czuję się lepiej z prostymi, prostuję je. No i zbliżam się do wymarzonego blondu 🙂

Nauczyłam się patrzeć na siebie z przymrużeniem oka, akceptować. Nie jestem narcyzem, ale widzę jak wiele dało mi to, że akceptuję siebie i swój wygląd. Raz w miesiącu nie akceptuję totalnie niczego. Z tym też sobie poradziłam – przez tych kilka dni omijam wszystkie lustra szerokim łukiem. Polecam. Działa.

Kiedy zaczęłam pracować w domu, bardzo szybko stałam się wygodna. Najlepiej w dresie, nie chce mi się robić makijażu, bo po co. Później chodziłam i jęczałam, że nie mogę na siebie patrzeć. Nie pomagało przekonanie, że pewnie wszystkie kobiety w domu wyglądają tak jak Małgorzata Kożuchowska w serialowej Rodzince.pl. Tylko nie ja. Krok po kroku zaczęłam to zmieniać. Kiedy okazało się, że zbliżam się już do ideału…brakowało tylko obcasów, nastąpiło wielkie rozczarowanie. Okazało się, że to nie ja. I wcale nie czuję się tak dobrze. Wróciłam więc do wygodniejszego stroju, ale to, że pracuję w domu nie zwalnia mnie z obowiązku dbania o siebie. Więc zawsze staram się wyglądać ładnie…cokolwiek to znaczy.

No może nie zawsze. Często rano kiedy patrzę w lustro zastanawiam się jak to się stało, że mój mąż przez wszystkie te lata naszego małżeństwa zaraz po przebudzeniu nie zaczął wrzeszczeć z przerażenia. Każdego ranka czekam na ten krzyk i spotyka mnie rozczarowanie. Wyobrażam to sobie i zaraz mam lepszy dzień. Podchodzę do siebie z humorem. Tylko na filmach jesteśmy piękne nawet kiedy śpimy, a poranki to już w ogóle nasz najlepszy czas. Aha!

Z każdą minutą mojego życia widzę jak moje ciało się zmienia. Uśmiecham się do siebie i myślę, że to normalne. Widzę każdy kolejny rozstęp, cellulit. Włoski odrastają mi dwa razy szybciej niż kiedyś. Tłumaczę sobie, że pewnie zamieniam się w wilkołaka, w końcu od ośmiu lat mieszkam w lesie i kiedyś to musiało nastąpić.

Właśnie tak nauczyłam się akceptować siebie, z humorem. Wiem już, że nigdy nie będę subtelną blondynką. I wiecie co? Nie chcę już nią być. Podobam się sobie taka, jaka jestem 🙂

I mam nadzieję, że chociaż jedna z Was spojrzy na siebie inaczej, przychylniej po przeczytaniu tego tekstu. A jeśli nie to pozostaje mi liczyć, że dobrze się bawiłyście moim kosztem…bo ja tak.

Pozdrawiam
Elżbieta Stankowiak
Redaktor naczelna 😉

Autor fot. Lawreszuk.eu

Share

Comments

  1. Wow! Niesamowity artykuł, szczery i prawdziwy. Czytając uśmiechałam się raz po raz, sama do siebie mówiąc „skąd to znam?” ten moment kiedy decydujemy że dobrze nam z samym sobą i nie chcemy być nikim innym. BEZCENNY 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *